17 listopada
sobota
Salomei, Grzegorza, Elzbiety
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Projekt: dziecko

Ocena: 0
871

Na zebraniu w czwartej klasie wychowawczyni zapytała rodziców: Kogo się państwo bali jako uczniowie: nauczycieli czy rodziców? – Nauczycieli! – padła odpowiedź. – No właśnie – odpowiedziała nauczycielka, a wasze dzieci boją się was, rodziców.

fot. Monika Odrobińska/Idziemy

Sytuacje, w której dzieci boją się wrócić do domu z oceną cztery plus, wcale nie należą do rzadkości, i to pewnie nie tylko w elitarnych szkołach prywatnych. Wspomniana nauczycielka powiedziała, że w dzisiejszej szkole problemem nie są papierosy, narkotyki czy nawet uzależnienie od smartfonów. Z nimi szkoła umie sobie radzić. Problemem są: anoreksja, bulimia, samookaleczenia i samobójstwa. W ośrodku wychowawczym, w którym pracowała, zajmowała się nie dziećmi z tzw. patologii, ale dziećmi z prywatnych szkół poddawanymi ogromnej presji. Odratowani z prób samobójczych gimnazjaliści przyznawali, że nie mogli sobie poradzić z poczuciem, że są gorsi.

 

Przy biurku bezpieczniej

W krajach rozwiniętych projektowanie życia dziecku stało się obsesją wielu rodziców. Dzieci objęte są planem i nadzorem, i traktowane jak inwestycja lub rekompensata niespełnionych ambicji rodzicielskich z własnego dzieciństwa. W dobie dominacji modelu rodziny 2 + 1, dziecko stało się bożkiem, a w kontekście rozwodów sięgających 50 proc. – wypełniaczem pustki emocjonalnej dorosłych.

Coraz częściej zdarza się, że to nauczyciele muszą hamować zapędy rodziców w kwestii prac domowych, które dają dorosłym poczucie kontroli nad nauką dzieci. Nie widzą dzieci przy pracy w szkole, więc na widok córki czy syna siedzącej przy domowym biurku myślą: „tak, teraz robi coś pożytecznego”. Bieganie po dworze uważają za stratę czasu. Pomoc przy gotowaniu, zmywaniu czy odkurzaniu – też. Naukę sprowadzają do zdobywania wiedzy z nauk ścisłych, przyrodniczych, językowych, ignorując przekazywanie wiedzy i umiejętności życiowych.

Rodzice są dziś wkręceni w wir zajęć, które często nie zostawiają czasu na rozrywkę czy nawet sen, i w taki schemat wciągają dzieci. Jeśli nie praca domowa, to zajęcia pozalekcyjne: judo, kursy szybkiego czytania, balet, fortepian. Ich życie jest zorganizowane co do minuty. Także przed wyjazdem na kilkudniową szkolną wycieczkę rodzice żądają od nauczycieli zapełnienia dzieciom „czasu wolnego”. Bo pozbawione gadżetów elektronicznych z pewnością narobiłyby głupot?

W doskonałej książce „Pod presją” dziennikarz i ojciec Carl Honoré przytacza ostrzeżenia specjalistów: dzieci, którym rytm dnia wyznacza grafik zajęć, nie potrafią być decyzyjne, pytają o wszystko – nawet o to, co mają robić w czasie wolnym. Pediatrzy coraz częściej mają do czynienia ze zmęczonymi nastolatkami, przychodzącymi do nich z bólem głowy, zaburzeniami snu, problemami żołądkowymi. Przejmując sposób rozumowania dorosłych, uczniowie myślą o sobie w kontekście osiągnięć. Gotowy materiał na nerwice, psychozy, lęki i depresje.

Jestem bodaj z ostatniego pokolenia, które łaziło po drzewach, wisiało godzinami na trzepaku, biegało po placach budowy, snuło się z koleżeństwem bezczynnie po osiedlu. Dziś rodzice ślęczącego przy biurku czternastolatka mają pewność, że przynajmniej nie popala wtedy marihuany. Ale być może tracą go na rzecz świata wirtualnego?

 

Zarządzane i przechwalane

Prawie każdy z kolegów moich córek trenuje piłkę nożną, mimo to ogromne osiedlowe boisko najczęściej stoi puste. Widok rówieśników grających w piłkę lub tatusiów kopiących z synami do bramki to rzadkość. Jestem z pokolenia, któremu nikt nie narzucał sposobu zabawy – dziś gra w piłkę nie jest już zabawą. Każdy chce być Lewandowskim i ledwo wyjdzie z pieluch, jest zapisywany do szkółki piłkarskiej – niektóre przyjmują nawet dwulatków!

Treningi to dobra rzecz – uczą dyscypliny, gwarantują ruch, trzymają z dala od ekranu komputera czy komórki. Ale zbyt wielu rodziców daje się ponieść ambicjom. Są w stanie zabić każdą spontaniczną zabawę, jaką jest sport, ubierając ją w sztuczne ramy treningów, wzrostu kwalifikacji i osiągnięć. A co by się stało, gdyby dziecko po prostu „haratało w gałę” pod blokiem? Bez trenera. Co by się stało, gdybyśmy w ten sposób „przeoczyli” nowego Messiego? Nic. Bo niedoszły Messi nie miałby nawet tej świadomości. Jego rodzice też. Za to mieliby więcej czasu dla siebie, a on – głowę wolną od presji i nastawienia na ciągły rozwój.

Czy naprawdę my, dorośli, daliśmy sobie wmówić, że jeśli nasze dzieci biegają samopas z kolegami po podwórku, zamiast doskonalić rozmaite umiejętności na zajęciach pozalekcyjnych, to są zaniedbane? Że specjaliści lepiej nam wychowają dziecko? I teraz pracujemy ciężko, by zarobić na te wszystkie kursy, tymczasem od zajęć pozalekcyjnych, nawet od zabawek (koniecznie edukacyjnych!), dzieci bardziej potrzebują naszego czasu i uwagi. Znałam nastolatkę, która próbowała przykuć uwagę matki – matematyczki – złymi ocenami z matematyki. Nie udało się. Mama otrzeźwiała dopiero po samobójczej śmierci córki.

Dzieci zarządzane i wychwalane za byle co, bo niekoniecznie za realne sukcesy – czują, że są pępkiem świata, i skupiają się na pielęgnowaniu tego wizerunku. Pracodawcy skarżą się potem, że młodzi pracownicy są niepunktualni, nie potrafią pracować w zespole, są roszczeniowi i jak coś im nie pasuje, zamiast rozwiązać problem, odchodzą.

A pod spodem – niepokój i strach. Bo w dzieciństwie nie słyszeli słowa „nie”. Byli nastawieni na osiąganie sukcesów, a nie na znoszenie porażki. Jeśli w jakimś zadaniu poczują jej zapach, wolą się wycofać. Jak podkreślają pedagodzy, dobrze jest chwalić dzieci nie za zdolności, ale za wysiłek. Oraz kochać dzieci, a nie wyobrażenie o nich.

 

Ach, jak strasznie

Inną sprawą jest lęk o bezpieczeństwo dzieci. Kto dziś potrafi wyobrazić sobie dom, w którym mieszka małe dziecko, bez zabezpieczeń kontaktów i narożników? Znam przedszkole, w którym kotleta sześcioletnie dzieci jedzą łyżką, bo nożem i widelcem mogłyby się przecież pozabijać. Dajemy dzieciom zaokrąglone nożyczki, chcąc – jak Śpiącą Królewnę – ustrzec przed skaleczeniem.

Wydłuża się czas skupiania uwagi na dziecku. Niemowlę wymaga uwagi non stop, z czasem – coraz mniej. Nie do wszystkich rodziców to dociera. Trzynastolatki są do szkoły wożone i z niej przywożone. Bywa, że mają za sobą tysiące mil przemierzonych samolotem i ani jednej samodzielnej wyprawy tramwajem po własnym mieście. W niektórych krajach – o czym pisze Carl Honoré – organizowane są Międzynarodowe Dni Chodzenia Pieszo do Szkoły. Dyrektorzy naszych placówek dostają prośby od rodziców, by nie wychodzić na dwór, bo mróz, bo pada, bo smog, bo pyłki. Kiedy w szkole organizowane są nocowanki, w sali obok śpi czujnie grupka mam, gotowa pójść z odsieczą w razie jakiegokolwiek problemu.

Uczącego się chodzić niemowlaka wkładamy w chodzik, by nie zrobił sobie krzywdy. Ale zostaje w nim, aż osiągnie pełnoletniość, skończy studia, wyjdzie z domu, a często i wtedy trudno odpuścić rodzicielska nadkontrolę i nadopiekuńczość.

Jaki stąd płynie komunikat dla dzieci? Świat jest niebezpieczny. Każdy mężczyzna to potencjalny pedofil, każdy samochód przejeżdżający przez przejście dla pieszych potencjalnie może zabić. Psycholodzy podkreślają, że wychowanie w atmosferze przesadnej ochrony oraz ciągłego nadzorowania czasu i zachowań to przepis na osobę bojaźliwą i stroniącą od wszelkiego ryzyka. Albo taką, która, chcąc wyrwać się spod tego ochronnego pancerza, pójdzie w tango: narkotyki, przemoc, ryzykowne zachowania. Największy stopień samouszkodzeń i stanów lękowych oraz nadużywania substancji odurzających jest dziś wśród dzieci z dobrze sytuowanych rodzin. Nie wytrzymują presji.

Rodzice – skupieni na pracach domowych dzieci, których sami się dopominają, i na przewożeniu dzieci z zajęć na zajęcia – narzekają na brak czasu dla siebie, na spotkania ze swoimi (!) rówieśnikami, nie mówiąc o randce z małżonkiem. Zaciskają zęby i rezygnują z własnego życia, by jak najbardziej wzbogacić życie dzieci. Te, często czując, że są oczkiem w głowie, rosną na egocentryków albo desperatów, wciąż nieusatysfakcjonowanych swoimi osiągnięciami.

Albert Einstein twierdził, że wykształcenie to jest to, co zostaje, kiedy zapomni się wszystkiego, czego uczono w szkole. A Mark Twain całe życie starał się, by szkoła nie przeszkadzała mu w kształceniu się. Do pogłębiania wiedzy potrzebna jest społeczna dojrzałość, przejawiająca się w umiejętności dzielenia się z innymi, wypełniania poleceń, zdolnością do empatii. A tego można się nauczyć tylko w bezpośredniej relacji z najbliższymi. Zamiast więc przewozić dzieci między zajęciami dodatkowymi, lepiej usiądźmy z nimi na dywanie i pogadajmy, poturlajmy się – bez myślenia o tym, jak to świetnie działa na ich rozwój psychomotoryczny. Po prostu wszyscy się tym cieszmy, a korzyści rozwojowe przyjdą same. Zapewne trudno jest zrezygnować z planu wobec dziecka, a tylko podążać za nim z ciekawością, co z tego wyniknie. Ale na pewno warto.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.



Najczęściej czytane artykuły



Najczęściej czytane komentarze

- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -