24 kwietnia
wtorek
Horacego, Feliksa, Grzegorza
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Pożegnanie "Czerkiesa"

Ocena: 0
333

Chociaż do 1 sierpnia jeszcze dwa tygodnie, to obchody rocznicy Powstania Warszawskiego już się zaczęły.

Za sprawą prezydenta USA, który – jak bodaj żaden z jego poprzedników czy innych przywódców krajów poalianckich – w przemówieniu wygłoszonym na tle pomnika Powstańców Warszawskich podjął ten temat i dotknął sedna: „latem 1944 roku (…) Polacy stanęli w obronie ojczyzny. Po drugiej stronie Wisły wojska radzieckie zatrzymały się – czekały. Przyglądały się, jak naziści brutalnie zrównują miasto z ziemią, mordując okrutnie mężczyzn, kobiety i dzieci. (…) Ale nikomu nie udało się zniszczyć odwagi i siły, które znamionują charakter Polaków”.

W naszej rodzinie też już zanurzyliśmy się w tę rocznicę, którą po raz pierwszy będziemy obchodzić bez jej głównego – dla nas, naszych dzieci i wnuków – bohatera, Renisława Kowalskiego ps. „Czerkies”, mojego teścia. Po bardzo długim i dobrym życiu odszedł do Pana 4 lipca i został poniekąd pożegnany także tym amerykańskim przemówieniem, zwłaszcza że było ono wygłoszone na placu, który dla losów małej powstańczej grupki z „Czerkiesem” w roli głównej był miejscem decydującym o dalszych losach.

Tam bowiem znajdowało się – dziś oznaczone tablicą, pod którą palimy znicze i kładziemy kwiaty – wejście do kanałów. Kolejne grupy obrońców Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych dostawały polecenie ewakuacji, ale „Czerkies”, ranny w klatkę piersiową, kurował się w szpitaliku na terenie PWPW. Wejściem do kanałów zarządzał płk „Barry”, legendarna postać: był – mówili po latach powstańcy – panem życia i śmierci. Leżących rannych nie wolno było brać do kanałów, toteż grupka – chłopcy i dwie dziewczyny, średnia wieku 19 lat – miała za zadanie z jednej strony nieustannie „pionizować” wyrwanego ze szpitala „Czerkiesa”, z drugiej wykorzystać jego słabość, żeby wejść jak najprędzej. Po latach żartowali co roku 1 sierpnia, stojąc nad grobem swego dowódcy, mjr. Jana Tarnowskiego „Waligóry”, że nie wiadomo, czy to oni ratowali „Czerkiesa”, czy on ich.

Trzymali się razem od zaprzysiężenia w 1942 roku, chłopaki z Koła i z Woli. Byli oddziałem od pierwszego dnia powstania, od niezwykłej Mszy Świętej w kościele Redemptorystów na Karolkowej, kiedy nagle zobaczyli się nawzajem, bo w takiej liczbie nigdy wcześniej się nie spotykali. Ojcowie redemptoryści udzielili rozgrzeszenia in articulo mortis, a „Czerkies” wspominał tę Mszę do końca życia.

Przeszli kanałami do Śródmieścia, gdzie doznali wstrząsu: skrawek wolnej Polski, biało-czerwone flagi, powstańcze kawiarenki, duch nadziei. „Czerkies” szybko wrócił do służby i któregoś dnia – prowadzili z kolegą niemieckiego jeńca – musiał podjąć inną walkę. Oto kolega zaproponował, żeby „Niemca kropnąć i po kłopocie”. Jeniec nie znał polskiego, ale – opowiadał teść po latach – od razu wiedział, o co chodzi.

„Czerkies” był człowiekiem wielkiego szacunku dla każdego życia. I szacunku dla każdego człowieka, żeby nie wiem jak innego, czego doświadczali przez lata niezliczeni ludzie. I wielkiej dobroci. Zawsze wiedział, że „od przegranej orężnej bardziej przeraża upadek ducha u ludzi” (bł. bp Kozal, Trump). I to nam zostawił.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Sekretarz redakcji tygodnika "Idziemy"



Najczęściej czytane artykuły

- Reklama -

SALON DZIENNIKARSKI


- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły