3 marca
środa
Maryny, Kunegundy, Tycjana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Nie wszyscy walczyli w powstaniu

Ocena: 0
765

 

Była połowa października. Potem domyślił się, że zwolnienie zawdzięczał raczej znajomościom ojca pracującego w polskiej Policji. Na Pawiaku widział, jak nocą zabrali jego 15-letniego kolegę na rozwałkę za rozklejanie plakatów. Wykończyli go w ruinach getta. Po tym Henryk Wasilewski nie potrafił się pozbierać, może dlatego nie związał się z podziemiem.

 


POWSTANIE NA PRADZE

1 sierpnia 1944 r. przebywał przy ul. Kępnej na Pradze. Zanim doszedł na trzecie piętro, przed kamienicą i na każdym z pięter widział po kilku mężczyzn. Coś mu nie pasowało, od kilku dni zresztą coś wisiało w powietrzu. O godz. 17 usłyszał huk strzałów. Powstanie – dowiedział się. – Powstańcy z Pragi byli kiepsko uzbrojeni: kilka pistoletów i granatów na kilkunastu chłopaków, żadnej broni automatycznej – wspomina. – Drugiego dnia jeszcze było słychać ich słabe wystrzały, trzeciego tylko pojedyncze. Niemieckie czołgi i samochody pancerne pokonały ich w mig. Niemcy strzelali do wszystkiego, co się ruszało, jednocześnie ewakuowali wszystkich mężczyzn od kilkunastu do czterdziestu paru lat.

Przez 11 dni krył się po piwnicach i schronach, potem wpadł. Niemcy zabrali go do przedwojennych koszar przy ul. 11 listopada. Trzymali ich tam na dworze. Nazajutrz wkroczył Wehrmacht i zabrał część ludzi do swojej bazy.

Szosą żerańską przez Pomiechówek i Zakroczym kilka dni prowadzili więźniów do Modlina i zapakowawszy do pociągu, wywieźli do Leszna, wtedy niemieckiej Lissy. Zaprowadzili ich do pierwszej pracy. Gdy więźniowie przekroczyli bramę cmentarza, pomyśleli, że już po nich. Jednak groby mieli kopać nie dla siebie, ale dla poległych niemieckich żołnierzy. Kiedy trafili do obozu i zobaczyli baraki, pomyśleli, że może znów unikną śmierci. Uniknęli, ale baraki dla siebie musieli postawić sobie sami, do tego czasu spali w lesie. Wtedy dopiero po raz pierwszy od wielu dni otrzymali jedzenie i picie.

Henryk Wasilewski zatrudnił się w kuchni, ale kucharzył marnie i „go pogonili”. Z kilkuset innymi mężczyznami pracował przy rozbiórkach popsutych pojazdów, ich segregowaniu, przy budowie bocznicy, karczowaniu lasu pod lotnisko.

W styczniu 1945, gdy zbliżali się Rosjanie, Niemcy mieli wywieźć ich na zachód. – Pchali nas tak do 12 kwietnia – najpierw trasą na Brandenburg, potem na południe od Berlina, aż do Stendlau nad Elbą – mówi Henryk Wasilewski. – Gdy zorientowali się, że są w potrzasku radziecko-amerykańskim, ulotnili się, a nas zostawili w lesie. Znaleźli nas amerykańscy żołnierze, kazali wycofywać się na zachód.

Kilkuset mężczyzn rozlokowało się po stodołach, oborach, kurnikach. Przez kilka dni niemieccy chłopi musieli ich karmić, potem Amerykanie zabrali ich do swojej strefy okupacyjnej niedaleko Marienthal. Na widok amerykańskich żołnierzy krzyczeli: „Wiwat Ameryka!”, a gdy zobaczyli ciemnoskórego – „Wiwat Afryka!”. A jak ten z cygarem w ustach odpowiadał im: „Okey, okey”, Henryk zaśmiał się po raz pierwszy od wielu miesięcy.

Henryk Wasilewski nie chciał zostawać na Zachodzie, do siebie chciał wracać – mimo ostrzeżeń, że w Polsce rządzą Ruscy i na Sybir mogą wysłać. Wiedział od matki, z którą udało mu się nawiązać kontakt, że ojciec zginął w pierwszych dniach powstania w rzezi Woli, podobnie jak wszyscy pozostali z ich ulicy. Po wojnie poprosił proboszcza parafii przy Karolkowej, by na tablicy wspominającej poległych na Woli dopisać 17 osób z Krochmalnej 82.

Tymczasem jesienią 1945 r. nie czekał na repatriację; na własną rękę przeszedł z paroma innymi mężczyznami przez zieloną granicę, przez strefę radziecką aż do punktu repatriacyjnego w Zbąszynie na dawnej zachodniej granicy Polski.

We wrześniu 1945 r. trafił do Polski. Nie było już jego domu przy Krochmalnej, wokół same kikuty. Dołączył do matki i siostry, które mieszkały u znajomych przy Żelaznej – bez prądu, gazu, wody. One też były na robotach w III Rzeszy – w Hirschberg (dziś Jelenia Góra). – Cieszyliśmy się, że po tej gehennie hitlerowskiej znów jesteśmy w Polsce i żyliśmy nadzieją – wspomina. – Imałem się różnych prac, wreszcie wróciłem do przerwanego zawodu zecera, w którym przepracowałem do emerytury w 1981 r.

Od kiedy otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego, a w nim drukarnię powstańczą, Henryk Wasilewski bywa w niej dwa razy w tygodniu. – Choć miesiąc siedziałem na Pawiaku, z Muzeum czuję się bardziej związany, bo to w jego okolicach się urodziłem i wychowałem, i tu jestem za gawędziarza. A na kolejną rocznicę powstania warszawskiego mam życzenie, by ludzie bardziej myśleli o innych niż o sobie – kończy swoją opowieść.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 3 marca

Środa, II Tydzień Wielkiego Postu
+ Dzień Powszedni
Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono,
lecz aby służyć

+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Mt 6,7-15
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

+ Wielkopostne kościoły stacyjne (diec. warszawskie): par. św. Jakuba Apostoła (ul. Grójecka 38, AW)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz
Blisko Nas (bieżące informacje)
+ Beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego
+ Transmisje Mszy świętych w TV, internecie i radiu
+ Wyślij intencję modlitewną do sióstr karmelitanek bosych na czas epidemii
+ Informacje o odpustach



E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter