20 września
środa
Filipiny, Eustachego, Euzebii
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

My też jesteśmy rodzicami

Ocena: 0
5722
Teraz widzę, że każda trudna sytuacja ma głębszy sens – zwierza się Magdalena Keler, która po utracie dwójki nienarodzonych dzieci wspiera innych, dzieląc się swoim świadectwem.
Pierwsza ciąża: radość, euforia, telefony do bliskich, poczucie, że wszystko jest wspaniale. Krwawienie pojawiło się znienacka, w ósmym tygodniu. W szpitalu Magda i jej mąż Przemek dowiedzieli się, że to już koniec. – Lekarze próbowali pocieszać: „Niech pani się nie martwi, za pierwszym razem kobiety czasem nawet nie wiedzą, że są w ciąży”. Odczułam to jako cios z ich strony. Przecież to było moje dzieciątko, a nie tylko zarodek – stwierdza stanowczo.

Magda pracuje w przedszkolu, dlatego powrót do pracy był dla niej szczególnie trudny. Patrząc na inne dzieci, tęskniła za własnym maleństwem. Gdy półtora roku później znów zaszła w ciążę, radość przesłaniały obawy: czy tym razem się uda? W dwunastym tygodniu pojechała na USG. Widok dziecka miał być prezentem w dniu jej dwudziestych dziewiątych urodzin. – Kiedy się okazało, że serduszko przestało bić, nie mogliśmy uwierzyć. W tych nerwach nawet nie zapytaliśmy, co robić dalej. Pani doktor kazała poczekać do wizyty u mojego lekarza, następnego dnia. Tak jakby zapomniała, że muszę przecież jakoś przeżyć noc: mnóstwo czarnych myśli i silnych emocji. Po paru godzinach organizm sam zareagował. To nie do opisania: krwotok w nieskończoność, coś naprawdę ekstremalnego – mówi przyciszonym głosem.

Od lekarzy dowiedzieli się, że z ciała dziecka nic nie pozostało, nie ma czego pochować. Zaczęli stawiać pełne buntu pytania Panu Bogu i sobie samym. – Nagle zderzyliśmy się z murem: byliśmy rodzicami, a już nie jesteśmy! To było przed Bożym Narodzeniem, wszędzie radosna atmosfera, piękne dekoracje. Czułam się, jakby ktoś mnie przeniósł do innej rzeczywistości, do bajki ze złym zakończeniem. Płakałam całe dnie i noce, długo nie wychodziłam z domu – wspomina Magda. Dopiero po pewnym czasie zorientowała się, że w swojej rozpaczy nie może zapominać o Przemku. Przecież on też bardzo cierpiał, mimo że nie płakał. I miał przy tym siłę, żeby ją wspierać.

Dzięki wizytom u chrześcijańskiej pani psycholog Magdzie udało się stanąć na nogi i wrócić do pracy w przedszkolu. Wiedziała, że w rodzinach kilkorga jej podopiecznych też zdarzyły się poronienia. – Pewien chłopiec, który niedawno dołączył do naszej grupy, był zdystansowany, wyobcowany. Okazało się, że jego mama straciła poczęte maleństwo, a on nie mógł sobie z tym poradzić – opowiada. W międzyczasie, opierając się na swoich przeżyciach, zaczęła pisać bajki terapeutyczne, które pomogłyby w łagodny sposób oswoić przedszkolaki z trudnymi tematami, takimi jak śmierć bliskich. – Kiedy przeczytałam pierwszą bajkę, niektóre dzieci spontanicznie zaczęły mówić, że one mają rodzeństwo w niebie. Traktowały to zupełnie normalnie. Zobaczyłam, że ten nowy chłopczyk od razu zmienił wyraz twarzy, poczuł się lepiej, wiedząc, że jego grupa ma taki sam problem jak on. Dałam jego mamie tę bajkę, żeby w razie czego do niej wracała – dodaje. Później powstały kolejne bajki: o poczuciu własnej wartości, o przyjaźni, o porządku. Po odczytaniu każdej z nich dzieci wykonywały prace plastyczne albo odgrywały scenki.

Magda wciąż miewa gorsze dni. W towarzystwie szczęśliwych matek, których ciąże przebiegały idealnie, czuje się niezrozumiana. – Przypominam sobie wtedy radę pani psycholog: „Pamiętaj, że ty też jesteś mamą!”. Gdy ktoś pyta, czy mamy dzieci, zawsze mówimy, że nasze maleństwa są w niebie. Odbiór jest różny. Mam wrażenie, że śmierć jest tematem tabu, a poronienia tym bardziej – zwraca uwagę.

Bolały ją też reakcje lekarzy, którzy czasem nawet nie patrzyli na wyniki badań, tylko kierowali ją do kliniki in vitro, mimo zdecydowanej odmowy. „Jeszcze pani do nas wróci” – kwitowali. Teraz Magda i Przemek są pod opieką dobrej pani doktor, która bardzo wnikliwie analizuje wszystkie badania. Mają nadzieję, ale zdają sobie sprawę z tego, że nie wszystko zależy od nich. Już przed ślubem, marząc o piątce dzieci, mieli pragnienie, by jedno z nich adoptować. Od niedawna rozważają pomysł założenia rodzinnego domu dziecka.

Kilka lat temu przeżyli też inne trudne doświadczenie: śmierć mamy Magdy. Teraz na jej grobie zawsze zapalają dwie dodatkowe świeczki: różową i niebieską. Chociaż nie znali płci swoich dzieci, nadali im imiona: Matylda i Maksymilian. – Takie sytuacje są prawdziwym egzaminem życiowym. Jestem pewna, że bez wiary bardzo byśmy się pogubili – przyznaje Magda. – Kiedy spotykamy osoby niewierzące czy poszukujące, to zamiast dyskutować z nimi o wierze, możemy po prostu opowiedzieć o naszych doświadczeniach. O tym, że nie przestaliśmy wierzyć, chociaż Pan Bóg nie dał nam upragnionego dzieciątka. Takie świadectwo przemawia mocniej niż jakiekolwiek inne argumenty.

Hanna Dębska
fot. arch. M. i P. Kelerów
Idziemy nr 20 (503), 17 maja 2015 r.



PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły