25 kwietnia
środa
Marka, Jaroslawa, Wasyla
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Ktoś do kochania

Ocena: 0
280

Cieszyli się, gdy po miesiącach wreszcie zapłakał. A on poczuł, że wreszcie ma dla kogo.

W tak bajecznie kolorowych i przytulnych pokoikach domowe ciepło znalazło już 21 dzieci. Fot. Monika Odrobińska

Tu świat kręci się wokół dziecka, skrzywdzonego przez sam fakt, że jest tutaj, a nie z mamą i tatą w domu. Najważniejszy jest dotyk. Każde dziecko ma cztery stałe opiekunki – jak dziecko w domu, które ma dwoje rodziców i dwoje dziadków. I te opiekunki wciąż je przytulają: noszą, tulą, lulają do snu. Przerwy są tylko na jedzenie, spacer, zabawy i sen.

 

Ktoś do przytulania

Kiedy dzieci trafiają do ośrodka Tuli Luli, nie potrafią się przytulać. Zwłaszcza jeśli mają za sobą pobyt w domu małego dziecka albo w szpitalu. Wtedy wolą zasnąć same w kąciku. Bywa, że boją się kąpieli. Stopniowo trzeba je przyzwyczajać do dotyku, uczyć, że sprawia on przyjemność. Wyposażyć dzieci w to, co powinny dostać od własnej mamy, ale z jakiegoś powodu tego nie dostały: w miłość. Daje się ją tutaj poprzez uśmiech, głaskanie po policzku, złapanie za rączkę na dzień dobry, gilgotanie. Aż kiedyś dziecko – być może? – obejmie za szyję i tę miłość odwzajemni.

Jednym z sukcesów był płacz chłopca. Miesiącami zostawiony sam sobie, nauczył się, że na płacz i tak nikt nie zareaguje. Więc nie płakał. Tu wreszcie znalazł kogoś, kto chciał go usłyszeć. Jedna dziewczynka wrzeszczała wniebogłosy. Inne dzieci jadły, ona wrzeszczała. Inne się bawiły, ona wrzeszczała. Inne spały, ona wrzeszczała. I tak parę dni. Nie pomagało noszenie, lulanie. Któregoś dnia wreszcie nasyciła się bliskością i przestała płakać. A może po prostu wywrzeszczała całą swoją tęsknotę za mamą?

Każdemu dziecku trzeba czego innego. Choć są malutkie, każde ma już swoje preferencje: tę opiekunkę lubi, tamtej wolałoby unikać. Noszenie w chuście lubi, innego nie. Nic nie jest mu obojętne. Ale na dotyk każde reaguje tak samo: otwiera się i rozkwita.

Elżbieta Krupińska, pracująca tu jako pedagog, widzi, jak dotykane, masowane, przytulane i noszone dzieci się uspokajają. Nie tylko wtedy, gdy są niespokojne. Po tygodniu, dwóch pobytu w Tuli Luli widać, jak mija napięcie i strach, a przychodzi wyciszenie.

Dzień wygląda tak jak dzień każdego dziecka w domu. Karmienie co trzy godziny, starsze dzieci – co cztery. Każde ma w kuchni swoją półeczkę, a na niej swoją buteleczkę, swoje mleko, swoją miarkę do mleka, swoje słoiczki. Między godz. 12 a 14 – pora drzemki dla starszych; mniejsze śpią, kiedy chcą. Ciepłe dni dzieci spędzają w ogrodzie. Wolontariuszki zabierają je na basen – maluchy to uwielbiają.

Do kilkorga dzieci jest w ośrodku sztab specjalistów: psycholog, terapeuta wczesnego wspomagania, terapeuta integracji sensorycznej, terapeuta traumy, pedagog, neonatolog, genetyk, pielęgniarki. To dzieci po stresie pourazowym, jakim jest porzucenie. Niektóre mają FAS – płodowy zespół alkoholowy.

 

Kto po nocach mi się śni

Choć co dziecko i co mama, to inna opowieść, to ich wspólnym mianownikiem jest samotność. Jolantę Kałużną, która ośrodek założyła, najbardziej dotykają historie mam, które mogłyby być z dzieckiem, ale samotność im nie pozwoliła.

Czasem matka boi się skrzywdzenia przez partnera i woli dziecko oddać, niż je narażać. Płaci za to z dzieckiem ogromną cenę osamotnienia. Bywa, że w obawie przed ostracyzmem rodzinnym mama nie przyznaje się do oddania dziecka. Mówi, że umarło. I zostaje z tym sama. Czasem mama jest uzależniona – od alkoholu, narkotyków. Nie znaczy to jednak, że jest wyrodną matką – jak się o nich mówi. Wyrodne zabijają. A te próbują ratować. Potem usychają w samotności, która coraz bardziej popycha je w nałóg.

Niektóre mamy nie dostają pomocy nawet od instytucji do tego powołanych. Urzędnik prędzej najdzie ją, niż odwiedzi – bardziej po to, by przyłapać, gdy „skusi”, bo napije się piwa, niż podpowiedzieć, jakie ma prawa. A sąsiedzi nie śpią. I chętnie donoszą – myśląc, że pomagają. Mama woli więc odciąć się i znosić swoją sytuację w samotności.

Mamy, które swoje zostawione dzieci odwiedzają w szpitalu, są wytykane palcami. Jedną lekarz usilnie przekonywał, że nie może się zrzec dziecka, bo jest matką i opieka nad dzieckiem jest jej obowiązkiem. A ona przez sześć tygodni jest w procesie decyzyjnym. Inna przyszła, by się z dzieckiem pożegnać. Wytrzymała dwie minuty i wyszła z płaczem – nie zniosła komentarzy personelu.

Są matki, które oddadzą do adopcji, ale do Tuli Luli wciąż piszą z pytaniami, czy dziecku jest dobrze w nowej rodzinie. – Wystarczyło tylko trochę im pomóc – użala się Elżbieta Krupińska – i nie zostawiać ich samych. Bo ludzie – dodaje – nie powinni zachowywać się jak urzędnicy, ale jak ludzie.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.


- Reklama -

SALON DZIENNIKARSKI


- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły