17 lipca
środa
Anety, Bogdana, Jadwigi
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Kraj w cieniu gór

Ocena: 0
637

Północ to rozległy step, a w stolicy Kazachstanu, od niedawna zwanej Nursułtan, koncentruje się życie polityczne kraju. Na południu są góry i jeziora, a dawna stolica, Ałma-Ata, jest centrum gospodarczym. Polacy są tu obecni, zarówno w mieście, jak i na wsi.

Widok z kolejki na Kok Tobe; fot. Piotr Kościński/Idziemy

W Biełbułaku dominują rury. Po prawej i po lewej stronie jezdni, na wysokości dwóch czy trzech metrów, pomalowane na żółto; czasami zakręcają do góry, tworząc rodzaj mostku nad boczną uliczką, czasami się obniżają. Przy wjeździe do wsi rury są grube, a potem robią się cienkie. Ich odnogi ciągną się w kierunku stojących przy ulicy domów.

– To gaz – mówi Tatiana Wachowska, Polka mieszkająca w Biełbułaku. – Jaka to była radość, gdy go nam założyli kilka lat temu! A czemu rur nie zakopano, tylko puszczono górą? Nie wiem.

Biełbułak leży około 20 kilometrów na wschód od Ałma-Aty. Ale wieś znana jest raczej jako „Miczurin”. Iwan Miczurin był słynnym radzieckim sadownikiem. Wyhodował około trzystu odmian jabłoni, gruszy i wiśni, ale wiele jego pomysłów – opartych na tezie, że człowiek może całkowicie zmieniać przyrodę – było niezgodnych z nauką. Tyle że sowiecka propaganda twierdziła, iż to on ma rację, a nie „burżuazyjna nauka”. Ostatecznie kołchoz jego imienia zlikwidowano i wtedy ludzie przypomnieli sobie, że łączył trzy wioski – w tym wieś Wiesołaja (Wesoła), którą w ramach kazachizacji nazwano właśnie Biełbułak.

– To po kazachsku „źródło w górskiej szczelinie” – tłumaczy Wiktor Wachowski, mąż pani Tatiany, też Polak.

W parterowym domu państwa Wachowskich siedzi przy stole kilka starszych kobiet. Najstarsza, pani Teofila, prawie nie słyszy. Po rosyjsku opowiada, jak po deportacji w 1936 r. z Ukrainy trafiła na step w północnym Kazachstanie, gdzie później powstała wieś Nowohreczanówka. – Było strasznie, głód, chłód, kleszcze, robaki – po chwili znów mówi to samo, jak opowieść, którą powtarza od lat. – Całe życie między obcym narodem… – kiwa głową.

Gdy jej córka prosi, by powiedziała jakąś modlitwę, gładko przechodzi na polski. – Panno czcigodna… – recytuje bez zająknienia całą Litanię loretańską. Po tylu latach w Kazachstanie najlepiej ze wszystkich w okolicy zna polskie modlitwy. Chyba cały modlitewnik, na pamięć!

Opowieści siedzących przy stole kobiet, noszących polsko brzmiące nazwiska i imiona, są podobne. Ich rodziny w 1936 r. deportowano z polskich okręgów na Ukrainie na północ Kazachstanu, do Zielonego Gaju czy Kellerowki. Przetrwały najtrudniejszy okres, kiedy to Polacy traktowani byli jak więźniowie i nie mogli oddalać się od swoich miejscowości. A potem w różny sposób trafili w okolice ówczesnej kazachskiej stolicy.

W Biełbułaku jest dwadzieścia polskich rodzin, w większości zresztą mieszanych. Dawniej w okolicy mieszkało wielu Niemców, ale wyjechali do swej odległej ojczyzny – i dziś dominują tu Kazachowie i Rosjanie. Raz na rok, na kazachskie święto wiosny Nauryz, miejscowi Polacy szykują polskie stoisko z bigosem i pierogami. Do kościoła jeżdżą do Ałma-Aty lub do nieodległego, położonego na wschód Tałgaru.


W dawnej stolicy

W przeszłości ciągnęły się tu kołchozowe pola. Dziś zamożni mieszkańcy Ałma-Aty stawiają swoje dacze, a mieszkańcom wioski zostały niewielkie kawałki ziemi. Młodzi chętnie jeżdżą do pracy do dawnej stolicy. Lata temu ludzie chodzili tam pieszo. Dziś, jeśli ktoś nie ma samochodu, bez problemu dotrze busem. Jak nie ma korków, to w pół godziny. Tyle że korki są niemal ciągle.

O ile stołeczna Astana – czy raczej, od niedawna, Nursułtan – zadziwia rozmachem, bo połowa miasta jest zupełnie nowa, o tyle tutaj, 1200 km na południe, jest inaczej. Prawie dwumilionowa Ałma-Ata też się buduje, ale to miasto było duże na długo przed rozbudową Astany. Na trasie starego jedwabnego szlaku w 1854 r. Rosjanie założyli twierdzę Zailijskie z pół tysiącem żołnierzy i oficerów. Wokół zaczęła wyrastać osada. W 1867 r. liczyła 10 tys. mieszkańców i została przemianowana na Wierny. W 1921 r. nazwa uległa „kazachizacji” i od tego czasu istnieje Ałma-Ata. W 1927 r. przeniesiono tu z Kyzyłordy stolicę kazachskiej naród republiki. Niestety, o czym trzeba pamiętać, w latach 30. ubiegłego wieku koczowniczy kazachski zmuszono do osiedlania się na stałe, a Kazachstan przekształcono w gigantyczny łagier, deportując tu Polaków i Niemców i tworząc ogromne obozy pracy – sam tylko Karłag obejmował 1 mln 780 tys. hektarów. Już w niepodległym Kazachstanie miasto przemianowano, nadając mu właściwą kazachską nazwę Ałmaty, dla Polaków trudną w odmianie, stąd łatwiej pisać i mówić Ałma-Ata. A w 1998 r. przeniesiono stolicę do Astany, dziś przemianowanej na Nursułtan. Ałma-Atę zaś nazywa się stolicą południową lub gospodarczą.

Z politycznego i społecznego punktu widzenia lepiej mieć stolicę w centrum kraju niż dwie godziny jazdy od granicy z sąsiednim Kirgistanem. Ale bardzo długo prezydent Nursułtan Nazarbajew żalił się, że w weekendy wszyscy politycy i urzędnicy znikają, bo z Astany jadą do rodzinnej Ałma-Aty. Tu zresztą, zamiast niegościnnego stepu, mieli w pobliżu przepiękne góry i wspaniałe jeziora. I wciąż jest tu główne centrum finansowe i gospodarcze kraju, funkcjonuje około trzydziestu wyższych uczelni, miasto tętni życiem.

Z centrum miasta kolejką linową można pojechać na Kok Tobe, górę o wysokości 1100 m. Stamtąd rozpościera się widok na Ałma-Atę i sąsiednie góry. A jeśli ktoś chce szybko przenieść się w zupełnie inną okolicę, może pojechać niedaleko, na południe, do Medeu i dalej, do Szymbułaku, ponad półtora tysiąca metrów nad poziom morza, gdzie znajduje się duży kompleks sportów zimowych. W Medeu przez cały rok czynne jest ogromne lodowisko, dostępne nawet w nocy. A jeszcze dalej na południe, blisko granicy z Kirgistanem, jest inny, zapierający dech w piersiach widok: Wielkie Jezioro Ałmatyńskie. Położone 2563 m nad poziomem morza, zawsze lodowato zimne.


Tysiąc Polaków

– Tu żyją nieco inni Polacy niż na północy, deportowano ich przecież na goły step, a nie do stolicy – mówi Oleg Czerwiński, prezes Centrum Kultury Polskiej „Więź”. – W samym mieście są przede wszystkim potomkowie tych naszych rodaków, którzy już jako wnuki zesłańców przyjechali tu na studia, a więc inteligencja, prawnicy, pracownicy naukowi, nawet pisarze. I oni tu zostali. Około połowa z nich jest aktywna i nie tylko deklaruje się jako Polacy, ale też robi coś dla polskiej społeczności – podkreśla.

A dzieje się tu sporo. Wydawane jest dwujęzyczne, po polsku i po rosyjsku, pismo; raz do roku organizowany jest festiwal kina polskiego oraz festiwal muzyczny „Nuty Przyjaźni”. Nasi co rok jeżdżą też do Kapszagaru, na majówkę polonijną.

– Pracuje u nas dwóch nauczycieli języka polskiego z Polski – podkreśla Oleg Czerwiński. – Jeden w mieście Tałgar, położonym na wschód od Ałma-Aty, jeździ po wioskach, drugi, w Ałma-Acie, pracuje w gimnazjum, a także wieczorami, na kursach dla dorosłych. A zainteresowanie nauką polskiego jest.

Co jego zdaniem byłoby najlepsze dla miejscowych Polaków? – Dla dzieci przede wszystkim wyjazdy na kolonie do Polski. Już były organizowane i wywarły ogromne wrażenie na naszej młodzieży. Niestety, największym problemem są koszty przejazdu. Z Ałma-Aty nie ma bezpośrednich lotów – zaznacza.


Kościół i meczet

Kazachstan to nie tylko inny klimat, język i kultura. Kazachowie to muzułmanie i w Ałma-Acie stoi kilka dużych, w większości nowych meczetów. Co prawda tutejszy islam jest łagodny. Kobiety – poza nielicznymi wyjątkami – nie tylko nie zasłaniają twarzy, ale nie noszą nawet chustek na głowach. Ale kazachizacja postępuje, wkrótce każdy będzie musiał znać ten zbliżony do tureckiego język. A innych narodowości jest coraz mniej. Niemcy deportowani niegdyś z Powołża błyskawicznie wyjechali, gdy RFN stworzyła taką możliwość; Rosjanie też wyjeżdżają.

W efekcie w miejscowej katedrze katolickiej widać głównie… Koreańczyków. – W niedzielę na wszystkich Mszach Świętych jest około czterystu osób – mówi o. Jan Bogumił Bednarski OFM, proboszcz katedry i wikariusz generalny ałmatyńskiej Diecezji Przenajświętszej Trójcy. – Mamy dwie Msze po rosyjsku, jedną po koreańsku, jedną po angielsku, a w pierwszą sobotę miesiąca także po polsku – dodaje. Oczywiście, diecezja to nie tylko wielkie miasto Ałma-Ata, ale również siedem innych parafii, w tym najnowsza, w Kyzyłordzie.

Katedra, zbudowana w 1995 r., nadaje szczególnego charakteru ulicy, która niegdyś znajdowała się na skraju miasta. W bocznych uliczkach, jak w Biełbułaku, widnieją żółte rury gazowe – to jednak dawne, niezbyt zamożne przedmieścia.

– Polacy to zarówno ludzie miejscowi, jak i np. pracownicy Konsulatu Generalnego – dodaje o. Bednarski. – A Koreańczycy są potomkami deportowanych ze wschodu na przełomie lat 30. i 40. ubiegłego stulecia, jest także duża grupa biznesmenów koreańskich – mówi.

Przykład Koreańczyków pokazuje, jak skomplikowana jest sytuacja narodowościowa w Kazachstanie. Kraju, który wciąż szuka swego miejsca na mapie świata, potencjalnie bardzo bogatego, ale wciąż na dorobku. I kraju, w którym, tysiące kilometrów od ojczyzny, wciąż żyje duża liczba naszych rodaków.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarz, politolog, analityk, działacz społeczny. W przeszłości związany z "Tygodnikiem Demokratycznym", "Kurierem Polskim" i "Rzeczpospolitą". Specjalizuje się w tematyce wschodniej.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 17 lipca



Najwyżej oceniane artykuły

PATRONUJEMY

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -