21 kwietnia
niedziela
Anzelma, Bartosza, Feliksa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Kard. Wojtyła reagował prawidłowo na przestępstwa pedofilii (WYWIAD) cz.1

Ocena: 4.8
578

- W moim przekonaniu zarówno film Gutowskiego, jak i książka Overbeeka nie przybliżają nas do prawdy. Badania jakie prowadzę jako historyk nad tymi samymi źródłami, przynoszą odmienne wnioski – mówi dr hab. Łucja Marek z Krakowskiego IPN.

Fot. arch. idziemy.pl

Marcin Przeciszewski, KAI: Jak Pani ocenia - okiem historyka i badacza epoki - reportaż Marcina Gutowskiego i książkę Ekke Overbeeka. Jak można scharakteryzować metodologię badawczą tych autorów?

Dr hab. Łucja Marek: Zarówno reportażu filmowego „Franciszkańska 3”, jak i książki „Maxima culpa. Jan Paweł II wiedział”, nie można nazwać wiarygodnymi. Nie są to dzieła, których autorzy starają się obiektywnie przeanalizować i ocenić materiały źródłowe, do których mieli dostęp. Nie badają ich w krytycznym spojrzeniu, uwzględniając specyfikę tych źródeł oraz konfrontując je z innymi materiałami, chociażby szerzej ze źródłami tej samej proweniencji, czyli innymi dokumentami wytworzonymi przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Badania przeprowadzone przez Marcina Gutowskiego i Ekke Overbeeka nie są zgodne z warsztatem badań historycznych, ani też z rzetelnym warsztatem dziennikarskim. Jest to ahistoryczna interpretacja i ahistoryczna ocena źródeł dawnych UB i SB znajdujących się dziś w zasobie Instytutu Pamięci Narodowej.

Dlaczego jest to „ahistoryczna” ocena?

Dlatego, że zachowania i decyzje ówczesnych ludzi, w tym samego kard. Karola Wojtyły, oceniane są przez pryzmat dzisiejszego stanu wiedzy, przy jednoczesnym braku uwzględnienia realiów tamtej epoki. Autorzy nie biorą pod uwagę także szerszego kontekstu historycznego, czyli ówczesnej świadomości społecznej, a szczególnie sytuacji Kościoła w totalitarnym państwie. Ponadto, zarówno u Gutowskiego, jak i u Overbeeka obserwujemy nierzetelne podejście do dokumentacji, do której mieli dostęp. Dokumenty, które analizowali, zostały potraktowane w sposób wybiórczy. Zostały z nich zaczerpnięte tylko te informacje i te fragmenty, które w jakiejś mierze korespondują z tezą, którą autorzy starają się wykazać, bądź też, jak u Overbeeka, są one nadinterpretowane w sposób nieuprawniony. Brakuje analizy i wnioskowania na podstawie całości zachowanych materiałów w danej sprawie.

Czyli od początku ich badaniom towarzyszy teza, jakoby kard. Wojtyła miał tuszować przestępstwa księży na tym tle?

Na początku autorzy stawiają pewne pytania badawcze, ale później – w miarę zapoznawania się z historycznym materiałem - z tego rezygnują. Tok narracji Gutowskiego i Overbeeka, sposób interpretacji i nadinterpretacji oraz wybiórcze korzystanie z dokumentów, stwarzają odczucie, że jednak przyświeca im określona teza. Dostrzegam jednokierunkowość stawianych pytań i bardzo jednokierunkową interpretację źródeł.

Na skutek takiego podejścia, badań tych nie sposób określić mianem rzetelnych. A tymczasem warsztat dziennikarski, choć nie jest warsztatem stricte naukowym, ma wiele wspólnego z warsztatem historyka. Dziennikarz tak samo krytycznie musi podchodzić do napotkanych źródeł, skonfrontować je z innymi i powinien zadać im wiele pytań oraz starać się znaleźć na nie odpowiedzi. To wszystko niezbędne jest w dochodzeniu do prawdy.

Na ile film i książka przybliżają nas do prawdy o działaniach Karola Wojtyły, kiedy był metropolitą krakowskim, wobec księży, którzy dopuścili się czynów pedofilskich? A może nas oddalają?

W moim przekonaniu zarówno film Gutowskiego, jak i książka Overbeeka nie przybliżają nas do prawdy. Badania jakie prowadzę nad tymi samymi źródłami, przynoszą całkiem odmienne wnioski. Mianowicie wynika z nich, że kard. Wojtyła reagował, i to szybko, kiedy tylko otrzymał informację o nadużyciach ze strony kapłanów. Takie jednoznaczne wnioski wynikają z analizy materiału, tego samego, do którego mieli dostęp dziennikarze, odnośnie ks. Józefa Loranca i ks. Eugeniusza Surgenta. Do podobnych wniosków doszli też Tomasz Krzyżak i Piotr Litka, dziennikarze, którzy już wcześniej opisali sprawy tych dwóch kapłanów.

Przyjrzyjmy się więc bliżej faktom…

Ks. Józef Loranc był księdzem archidiecezji krakowskiej. Kard. Wojtyła dowiedział się o niegodnym zachowaniu kapłana 2 marca 1970 r. Polegało ono na lubieżnym traktowaniu dziewczynek przychodzących na lekcje religii do kaplicy w Mutnem. Dwa dni wcześniej, 28 lutego, informacja ta dotarła do bezpośredniego zwierzchnika ks. Loranca, proboszcza parafii Jeleśna ks. Feliksa Jury, na terenie której pracował. Do proboszcza przyszły matki wraz z dziewczynkami i zawiadomiły go o zachowaniu księdza.

Proboszcz nie lekceważy doniesienia ze strony matek i na osobności rozmawia z dziewczynkami. Na tej podstawie dochodzi do wniosku, że to, co mówiły matki, jest prawdą. Proboszcz wzywa i rozmawia też z ks. Lorancem, który w obecności matek przyznaje się i wyraża skruchę. Następnego dnia ks. Jura jedzie do dziekana, rozmawia z nim i najszybciej jak to możliwe, umawia się na rozmowy w krakowskiej kurii. A skoro 1 marca to niedziela, przyjeżdża tam w poniedziałek 2 marca. W kurii ma stawić się także ks. Loranc. Widzimy tu sekwencję natychmiastowych działań.

W Krakowie z kard. Wojtyłą najpierw rozmawia proboszcz, informując o zdarzeniu. Z relacji ks. Jury wynika, że kard. Wojtyła jest wstrząśnięty tym co usłyszał, z początku ma pewne wątpliwości czy ks. Loranc mógł posunąć się tak daleko. Wzywa go do gabinetu i w rozmowie z nim utwierdza się w przekonaniu, że zarzuty są jednak prawdziwe. Decyzja kardynała jest natychmiastowa, zakazuje ks. Lorancowi powrotu na parafię, nakazuje mu udać się do swej rodziny i tam oczekiwać na dalsze decyzje. Jeszcze w tym samym tygodniu przekazuje proboszczowi decyzję o nałożeniu na wikariusza suspensy. Oznacza to zakaz wykonywania wszelkich czynności kapłańskich i oczywiście prowadzenia katechizacji. Nie wiemy dokładnie, którego dnia ta decyzja została podjęta, ale z całą pewnością było to przed wyjazdem kardynała do Rzymu, czyli przed 7 marca. Informacja ta dociera na parafię w Jeleśnej 10 marca. Wojtyła nakazuje też ks. Lorancowi udać się do klasztoru cystersów w Mogile i tam oczekiwać na wyniki dochodzenia prowadzonego przez stronę kościelną.

O zachowaniu ks. Loranca dowiadują się również terenowe władze partyjne i to one 3 marca powiadamiają Służbę Bezpieczeństwa, a ta podejmuje czynności sprawdzające. Na miejscu rozpytywani są kierownik szkoły w Jeleśni, matki dziewcząt, a także proboszcz. Na postawie zebranych informacji 12 marca prokurator podejmuje decyzję o wszczęciu śledztwa. Na skutek dalszych czynności, w tym przesłuchania świadków, prokurator przedstawia podejrzanemu zarzuty i postanawia zastosować wobec niego środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztu. Ks. Loranc zostaje zatrzymany 18 marca na terenie klasztoru w Mogile.

Warto podkreślić, że w żadnym momencie badania tej sprawy ani funkcjonariusze operacyjno-śledczy SB, ani prokuratur nie formułują jakichkolwiek zarzutów o zaniechanie, tuszowanie sprawy czy zbyt późne reagowanie, ani w stosunku do księdza proboszcza, ani kurii, ani kard. Wojtyły. Nie spotykamy się również z takimi zarzutami ze strony matek ofiar, które były przesłuchiwane w czasie śledztwa.

Ks. Jura, kiedy dowiedział się o czynach Loranca, udał się do parafii, w której ten ksiądz poprzednio posługiwał, aby dowiedzieć się czy tam również takie zachowanie księdza miało miejsce. Była to parafia w Kobierzynie. Te przypuszczenia nie potwierdziły się, ale ks. Jura dowiedział się od miejscowych lekarzy, że ks. Loranc wykazywał pewne dziwne zachowania. Kuria zamierzała poddać go badaniom psychiatrycznym w związku z jego postępowaniem wobec dziewczynek w Mutnem.

Należy dodać, że także pion śledczy Służby Bezpieczeństwa wysłał zapytania do komend powiatowych, na terenie których ks. Loranc pracował poprzednio w parafiach, z pytaniem czy dochodziły jakieś skargi bądź informacje na temat jego niewłaściwej postawy z nieletnimi. Nie uzyskano jednak potwierdzenia. Wszystkie odpowiedzi były negatywne. Z zachowanej dokumentacji SB nie wynika, a to insynuuje Overbeek, „że arcybiskup Wojtyła miał problem z księdzem Lorancem, zanim wysłał go do Jeleśni”. Nie wynika z niej również, aby po odbyciu kary więzienia ksiądz ten dopuścił się recydywy. Overbeek uznaje jednak, wbrew krytycznym analizom, że wskazuje na to list z lipca 1974 r. do kard. Wojtyły, opracowany i napisany przez funkcjonariusza SB, w którym anonimowy parafianin skarży się na niedwuznaczne zachowanie ks. Loranca wobec dziewczynek w Zakopanem. Na podstawie wyłącznie tego anonimu opracowanego przez SB w ramach działań operacyjnych – nie znając okoliczności i celu jego powstania, i nie dysponując innymi źródłami informacji w tym zakresie – nie można formułować tak daleko idącego i jednoznacznego wniosku.

Gutowski i Overbeek formułują ponadto zarzuty, że ks. Loranc po odbyciu kary więzienia jest przywracany do czynności kapłańskich i znów może molestować dzieci.

Jako historyk czytam te same dokumenty, co Overbeek i Gutowski, ale wyciągam odmienne wnioski. W liście do ks. Loranca po jego wyjściu z ponad rocznego pobytu w więzieniu, kard. Wojtyła podkreśla, że każde przestępstwo winno być ukarane, jest wina i kara musi być poniesiona. Zaznacza, że wprawdzie trybunał kościelny odstąpił od nałożenia kary w związku z tym, że ks. Loranc został ukarany przez sąd cywilny, ale nie przekreśla to przestępstwa i nie zmazuje jego winy. Biorąc pod uwagę skruchę, szczerą poprawę i chęć naprawienia zła, kard. Wojtyła co prawda cofa suspensę i ks. Loranc jest stopniowo przywracany do pracy duszpasterskiej, ale nie do pracy z dziećmi i młodzieżą. Najpierw zostaje oddelegowany do Zakopanego. Tam przebywa w klasztorze i przepisuje księgi liturgiczne, ale nie jest na parafii, tylko pomaga w niej w pewnych ściśle określonych posługach. To wszystko odbywa się pod nadzorem miejscowego proboszcza. I to ten proboszcz po dwóch latach zwraca się do kurii, aby ks. Loranca mianowano ponownie wikariuszem. Ale bez prawa do kontaktów z młodzieżą i bez prawa prowadzenia katechizacji. Możemy sądzić, że proboszcz sprawował kontrolę nad posługami duszpasterskimi Loranca, a prośba o mianowanie go wikarym, w chwili braków personalnych na parafii, wynikała z obserwacji jego zachowania.

A jak w świetle dokumentów SB, nad którymi Pani pracowała, możemy ocenić zachowania Karola Wojtyły wobec ks. Surgenta?

Natychmiastowa reakcja kurii następuje również w przypadku drugiego z kapłanów pokazanych w reportażu i opisanych w książce, czyli ks. Eugeniusza Surgenta, który dopuszczał się niegodnych czynów z małoletnimi chłopcami, z ministrantami. Overbeek przekonuje czytelnika, że Wojtyła kierując ks. Surgenta do pracy w Kiczorze, gdzie dopuścił się on przestępstw, wiedział o słabości księdza do chłopców, że z tego powodu był on często przenoszony. Tymczasem dokładna analiza akt SB nie pozwala na wyciągnięcie tezy, jakoby wcześniej ks. Surgent był przenoszony z parafii na parafię z powodu molestowania małoletnich. Funkcjonariusze SB wielokrotnie podkreślają, że był on kapłanem bardzo konfliktowym. Szybko popadał w spory („kolizje”) z proboszczami, a przy tym miał umiejętność zjednywania sobie społeczności wiernych. W związku z tym z łatwością dochodziło do konfliktów i podziałów na terenie parafii, w których przebywał. I to było przyczyną jego częstych przenosin. A gdy był kierowany na nową parafię, wierni często występowali do kurii, aby go pozostawić. Trudno domniemywać, że zabiegaliby, aby pozostał, gdyby miały tam miejsce i były im znane czyny natury pedofilskiej.

Pierwsze wiadomości o wykorzystywaniu seksualnym chłopców przez ks. Surgenta podczas pracy w Kiczorze, należącej do parafii w Milówce, pojawiają się po dwóch latach jego pobytu tam. Pod koniec czerwca 1973 r. do kurii w Krakowie trafia anonim w tej sprawie. Na podstawie analizy akt dowiadujemy się, że reakcja kurii jest natychmiastowa. Kuria za pośrednictwem proboszcza przekazuje ks. Surgentowi nakaz stawienia się w Krakowie celem wyjaśnienia sprawy. Ks. Surgent rozmawia z bp. Pietraszką i kard. Wojtyłą. Natychmiast zostaje usunięty z parafii i oddany do decyzji macierzystego biskupa. Ks. Surgent był bowiem kapłanem administratury apostolskiej archidiecezji lwowskiej w Lubaczowie (skrawek dawnej archidiecezji lwowskiej, jaki pozostał w granicach PRL). Choć pracował na terenie archidiecezji krakowskiej, to nie był formalnie do niej inkardynowany, a podlegał jurysdykcji aktualnego administratora apostolskiego w Lubaczowie.

Kard. Wojtyła nie posiadał kompetencji do tego, aby nałożyć na ks. Surgenta karę i postawić go przed trybunał kościelny. Ale w momencie powzięcia informacji o jego niegodnym zachowaniu i po rozmowie z nim, podejmuje decyzję o usunięciu go z archidiecezji krakowskiej i oddaniu do decyzji biskupa administratury apostolskiej w Lubaczowie.

O niegodnych czynach ks. Surgenta dowiadują się jednocześnie władze świeckie. Sprawę bada SB szczebla powiatowego w Żywcu, a następnie wojewódzki pion śledczy SB. Ks. Surgent zostaje aresztowany 24 sierpnia 1973 r. i niebawem ukarany za swoje czyny, osądzony i osadzony w więzieniu. I podobnie jak w przypadku ks. Loranca, w toku analizowania dokumentów zebranych w trakcie śledztwa przez stronę państwową, nie natknęłam się na zarzuty pod adresem kard. Wojtyły czy kurii o zbyt późną bądź niewłaściwą reakcję wobec ks. Surgenta.

W aktach aparatu bezpieczeństwa zanotowano, że krakowska kuria w dniach 18-22 czerwca 1973 r. przeprowadziła dochodzenie i rozmawiano z chłopcami na plebanii w Milówce. Widać, że kuria nie tuszowała sprawy, tylko natychmiast podjęła działania. Widzimy szybką reakcję i chęć poznania i przebadania sprawy. A wynikiem tego śledztwa była decyzja, aby ks. Surgenta natychmiast usunąć z diecezji i oddać do dyspozycji biskupa, któremu podlegał.

Autorzy programu i książki powołują się na przechwycony przez SB dokument, bliżej nie datowany, stawiając tezę, że kuria i kard. Wojtyła wiedzieli o nadużyciach ks. Loranca już wcześniej i nie reagowali właściwie. Ten przechwycony przez SB dokument nie zachował się w aktach ks. Surgenta. Dowiadujemy się o nim z analizy materiałów operacyjnych gromadzonych przez funkcjonariuszy w okresie kiedy starają się pozyskać do współpracy ks. Surgenta, czyli pod koniec 1969 r. Z treści tego przechwyconego dokumentu miało wynikać, że bp Jan Nowicki (z Lubaczowa) potępił ks. Surgenta za czyn, jakiego dopuścił się wobec nieletniego chłopca. Matka tego chłopca miała zawiadomić o sprawie krakowską kurię na piśmie i osobiście przedstawić ją bp. Janowi Pietraszce. O zdarzeniu mieli też wiedzieć wicekanclerz i bp Julian Groblicki. Nie wiadomo w jaki sposób sprawa była dalej załatwiana, aczkolwiek informacja musiała dotrzeć z Krakowa do Lubaczowa, skoro tamtejszy biskup zabrał głos w tej sprawie. Na podstawie tego dokumentu SB sporządziła anonimowy list, aby nie dekonspirować źródła pochodzenia oryginału, i przedstawiła go ks. Surgentowi jako tzw. komprmateriał. Prawdopodobnie informacja ta nie była jednak - mówiąc kolokwialnie - „twardą informacją”. Owszem, na tej podstawie ks. Surgent przystępuje do współpracy, ale już w kwietniu 1970 r. zrywa ją, tłumacząc, że nie jest to zgodne z jego sumieniem, że rozważył ewentualne konsekwencje, że nie poczuwa się do winy. Można więc sądzić, że materiały, jakimi dysponowała SB nie były aż tak obciążające. Wątek ten z pewnością wymaga dalszych badań oraz zapoznania się z dokumentami znajdującymi się w archiwach kościelnych. Natomiast sugerowanie, że powodem przenosin ks. Surgenta z parafii na parafię były jego czyny związane z molestowaniem małoletnich, nie znajduje dostatecznych podstaw w dokumentacji SB, jaką dysponujemy.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 21 kwietnia

Poniedziałek, IV Tydzień wielkanocny
Ja jestem dobrym pasterzem
i znam owce moje, a moje Mnie znają.

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): J 10, 1-10
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz
Blisko nas
chcesz dodać swoją informację - napisz



Najczęściej czytane artykuły



Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter