22 czerwca
piątek
Pauliny, Tomasza, Jana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Dwa miliony nad Renem

Ocena: 0
359

Niemcy zabierają Polakom dzieci! Takie informacje pojawiają się w polskich mediach dość regularnie. Czy to wina niemieckich urzędów? A może w ogóle sytuacja Polaków w Niemczech nie jest odpowiednio uregulowana?

fot. Pixabay.com

Podobnych przypadków nie ma wiele, ale każdy budzi emocje. Niedawno odbyła się konferencja prasowa Polskiego Stowarzyszenia Rodzice przeciw Dyskryminacji Dzieci w Niemczech, podczas której mówiono o czterech polskich rodzinach, którym Jugendamt (Urząd ds. Dzieci i Młodzieży) zabrał łącznie dziewięcioro dzieci. W przypadku Aleksandry Urbanik, matki dwuletniego Natana i ośmioletniego Konrada, Jugendamt uznał, że dzieci są „nadmiernie ruchliwe i agresywne”, a ona sama niezaradna, bo nie zna języka niemieckiego. Dzieci odebrano jej w maju. W kwietniu urząd odebrał pięcioro dzieci Weroniki Drozdowskiej, zarzucając jej i mężowi, że są alkoholikami, a ich potomstwo jest maltretowane. – To nieprawda – przekonywała.

Oczywiście, sytuacje mogą być różne; Jugendamty zazwyczaj działają na czyjś wniosek, bywa, że uzasadniony. Chodzi jednak o to, by dzieci traktowane były właściwie. Polskie ministerstwo sprawiedliwości domaga się od strony niemieckiej, aby dzieci – jeśli zostają polskim rodzinom odebrane – były kierowane do rodzin zastępczych mówiących po polsku. Ale raczej wszystkie te sprawy nie są działaniem wymierzonym specjalnie w Polaków.

– To są tysiące dzieci, także obywateli Niemiec, odbierane od wielu lat. To jest specyficzna organizacja – mówił wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik, wypowiadając się dla TVP Info. Kilka lat temu sprawa funkcjonowania Jugendamtów była przedmiotem obrad Parlamentu Europejskiego – rozważano przypadek rodziny niemieckiej. Z kolei gazety tureckie wielokrotnie ostrzegały rodaków: „Ukrywajcie swoje dzieci!”. Padają zarzuty, że wystarczy, iż rodzice na dziecko nakrzyczą, a ono poskarży się sąsiadom. Cudzoziemcom jest szczególnie trudno z Jugentamtami walczyć.

 

Mniejszość – czy nie?

Polska społeczność zza Odry odbiera jednak kwestię zabierania dzieci jako element niewłaściwego traktowania Polaków przez niemieckie władze. Największym problemem jest nieuznawanie ich za mniejszość narodową.

Przed II wojną światową liczbę tzw. polskich autochtonów, a więc Polaków zamieszkujących na Śląsku czy w Prusach Wschodnich, szacowano na milion osób; oprócz tego w Nadrenii stale mieszkało ok. 250 tys. emigrantów zarobkowych, liczba zaś robotników rolnych, w tym sezonowych, przekraczała 160 tys. Około 100 tys. osób działało w Związku Polaków w Niemczech; na Opolszczyźnie funkcjonowały szkoły z polskim językiem wykładowym, polskiego uczono też w szkołach na Warmii i Mazurach.

Oczywiście, aktywność polskiej mniejszości napotykała na rozliczne kłopoty, Niemcy ograniczali działalność polskiego szkolnictwa, szykanowali działaczy ZPwN, ale jednak aż do września 1939 r. Polacy w III Rzeszy mogli działać. Zakazy omijano w rozmaity sposób, np. tworząc znak rodła (stylizowana Wisła z Krakowem), bo organizacji nie wolno było używać Orła Białego, jako symbolu obcego państwa.

Po napaści na Polskę, 7 września 1939 r. Polaków przestano uznawać za mniejszość narodową, a 27 lutego 1940 r. niemiecki rząd wydał rozporządzenie z mocą ustawy, które stwierdzało m.in.: „Działalność organizacji polskiej grupy narodowej w Rzeszy Niemieckiej (zrzeszenia, fundacje, stowarzyszenia, spółdzielnie oraz inne przedsięwzięcia) są zakazane. Nowe organizacje polskiej grupy narodowej nie mogą być zakładane. (…) Dotychczasowe urzędy zarządzające organizacjami polskiej mniejszości narodowej zostają zwolnione z działania. Nie wolno im zarządzać przedsiębiorstwami organizacji oraz aktywami (…)”.

Jan Sandorski z UAM w swej pracy „Polska mniejszość narodowa w Niemczech w świetle prawa międzynarodowego” przedstawił skomplikowane szacunki, m.in. polskiego rządu na uchodźstwie, że Polacy utracili równowartość 1,7 mld marek niemieckich (według kursu sprzed wymiany na euro), co jest ogromną kwotą, dzisiaj przeliczaną na blisko miliard złotych.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarz, politolog, analityk, działacz społeczny. W przeszłości związany z "Tygodnikiem Demokratycznym", "Kurierem Polskim" i "Rzeczpospolitą". Specjalizuje się w tematyce wschodniej.



SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły