19 kwietnia
poniedziałek
Adolfa, Tymona, Leona
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Bez cenzury, bez kultury

Ocena: 0
500

Gdy młodzi słuchają i używają przekleństw, wchodzą na równię pochyłą prowadzącą ku innym agresywnym zachowaniom.

fot. unplash.com

Na pytanie: „Czy popiera Pani/Pan używanie wulgaryzmów jako haseł w trakcie manifestacji i protestów w Polsce?” dla wpolityce.pl tydzień po pierwszym Strajku Kobiet tylko co czwarty ankietowany odpowiedział „tak”. Jak podaje portal, wulgaryzmy wykrzykiwane na ulicach przeszkadzają 85 proc. wyborców Zjednoczonej Prawicy, a zdaniem 54 proc. wyborców Koalicji Obywatelskiej są one dopuszczalne. Po pierwszych protestach jednak sami ich uczestnicy apelowali, by z postulatów usunąć niecenzuralne słowa.

 


PRZEKLINANIE POLITYCZNE…

Językowemu wyczuciu opinii publicznej przeczy dr hab. nauk humanistycznych, pisarz i literaturoznawca Michał Rusinek, który w „Newsweeku” zachwyca się słowem „w…ć”, które „kryje w sobie brutalność, siłę, bunt, ale też wyzwolenie”. Z kolei dr Piotr Jakub Fereński z Instytutu Kulturoznawstwa UW w rozmowie z „Przeglądem uniwersyteckim on-line” twierdzi, że obrażać innych, np. przechodniów, nie wolno, ale wykrzykiwanie „j… PiS” i „w…ć” „to nie są po prostu wulgaryzmy, ale językowa ekspresja, która ma nadać siłę przekazowi, pokazać gniew i wpłynąć na rzeczywistość. Czy pan doktor odważyłby na podobną ekspresję pod synagogą czy wobec mniejszości narodowych? Jak widać, zacietrzewienie polityczne zawładnęło naszym myśleniem. Panuje tu moralność Kalego: przeklinać oponenta – dobrze, przekleństwa rzucane na naszych – źle.

Wspomniani doktorzy nie pierwsi wyrażają niezrozumiały dla przeciętnego użytkownika języka zachwyt nad wulgaryzmami. Emma Byrne – badaczka, dziennikarka i popularyzatorka nauki, znana jedynie z książki „Bluzgaj zdrowo” – szczyci się talentem do „barwnych przekleństw” i to na nich buduje swoją karierę naukowo-pisarską. Kiedyś półki księgarskie zapełniały poradniki językowe prof. Bralczyka, prof. Miodka, prof. Markowskiego. Teraz wypierają je „listy miłosne do wulgaryzmów”, jak swoją książkę „What the f.?” nazwał jej autor Benjamin K. Bergen.

Widać jaki język, takie elity. A co gorsza, jakie elity, takie społeczeństwo. A przecież etymologia słowa „przeklinać” wiedzie do klątw, bluźnierstw, kojarzonych z odmienianiem rzeczywistości. Przekleństwa wywodzą się ze sfer związanych z brudem i chorobami, defekacją, zachowaniami seksualnymi, często przemocowymi. Potrafią nieść ze sobą duży ładunek emocjonalny.

Przedwojenny filozof żydowskiego pochodzenia Abraham Joshua Heschel powiedział, że najpierw pojawiają się nienawistne myśli, potem słowa niosące pogardę, a kończy się na obozach koncentracyjnych. Tymczasem „mową nienawiści” nazywa się dziś plakaty z dzieckiem wpisanym w łono-serce matki, a wulgaryzmy – wszechobecne w ustach polityków czy celebrytów – doczekują się nobilitacji.

Profesor psychologii Philip Zimbardo, znany z badań nad psychologią zła, których zwieńczeniem była książka „Efekt Lucyfera: dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?”, przekonywał, że każdy człowiek w odpowiednich warunkach może przeobrazić się w oprawcę lub w ofiarę. Jego słynny eksperyment więzienny ukazał, jak najpierw oswajamy zło w myślach, potem dokonujemy dehumanizacji człowieka, wobec którego czujemy złość, by wreszcie dać jej wyraz w postaci agresywnych zachowań – niekoniecznie kończących się na werbalnych.

Zdumiewające jest więc, jak wybrani naukowcy próbują przekonać do rzekomych pożytków z przeklinania, które np. może służyć rozładowaniu emocji. Przekleństwa są sygnałem, że zaraz możemy wybuchnąć, „bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu (…), jak to robią nasi naczelni krewniacy” – przekonuje Emma Byrne. Zdaje się nie zauważać dość pokaźnej przestrzeni między gryzieniem czy wulgaryzmami a brakiem reakcji. A wypełnia ją przecież całe spektrum języka, który we władaniu umiejętnego właściciela potrafi oddać emocje w sposób wyraźny, ale nie obraźliwy. Czy ze zwulgaryzowanych umysłów zdążyły one już wywietrzeć? Tym bardziej że apoteoza wulgaryzmów dotyczy używania ich nie tylko w sytuacjach ekstremalnych, ale także w charakterze przerywników wypowiedzi, do podkreślania ekscytacji czy wzmocnienia dowcipu. Na przykładzie wspomnianych książek nie da się uniknąć wrażenia, że autorzy szukają w nich usprawiedliwienia dla własnych wulgarnych poczynań językowych.

Emma Byrne z pewnością nie jest autorytetem, jednakowoż przykro czytać, że w wulgaryzmie określającym panią lekkich obyczajów nie widzi obelgi, ale wyraz fiaska dekad feministycznej walki o to, że kobieta może sypiać, z kim popadnie. Niestety, mało jest dziś mężczyzn, którzy odważą się powiedzieć jak Bogdan Rymanowski w materiale Agnieszki Domańskiej dla naszego tygodnika: „Prawdziwe piękno nie krzyczy. Bardzo mi się podobała postawa dwóch odważnych nastolatek, które weszły w rozkrzyczany tłum Strajku Kobiet z transparentem: «Myślę, czuję, nie zabijam»”.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 19 kwietnia

Poniedziałek, III Tydzień Wielkanocny
Dzień Powszedni
Nie samym chlebem żyje człowiek,
lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych.

+ Czytania liturgiczne (rok B, I): J 6, 22-29
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

- Reklama -


Najczęściej czytane artykuły



E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter