10 grudnia
wtorek
Julii, Danieli, Bogdana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Polska w Unii Europejskiej

Ocena: 0
1322

Kolejną stratą finansową jest obniżka dochodu z ceł, ponieważ import z UE nie podlega tej opłacie. Na przykład w 2018 r. import ze wszystkich krajów członkowskich wyniósł 156,5 mld euro i przyjmując bardzo niską, pięcioprocentową średnią stawkę celną, skarb państwa stracił 7,5 mld euro, czyli równowartość 2/3 wpływów netto z UE, które w owym roku wyniosły 11,3 mld euro. Oczywiście nasz wywóz do krajów UE też podlegałby cłu, ale nic nie stałoby na przeszkodzie, aby nasze stawki były wyższe od unijnych. Światowa Organizacja Handlu wymaga stosowania jednolitych stawek wobec wszystkich krajów, zatem Unia nie mogłoby zastosować retorsji w stosunku do Polski. Nasz eksport do UE byłby obłożony takimi samymi cłami, jak towary pochodzące z każdego innego kraju.

Tu dochodzimy do kolejnej istotnej sprawy. Stawki celne na wwóz towarów z krajów ościennych są ustalane w Brukseli dla całej Unii, i z tego powodu tracimy możliwość ochrony własnego przemysłu. Nie mówiąc o tym, że stawki unijne są stosunkowo niskie i odzwierciedlają konkurencyjność firm zachodnich, a nie naszych. Wielkie koncerny międzynarodowe nie potrzebują takiej ochrony celnej, jaka jest wskazana dla małych przedsiębiorstw. Przyjęcie unijnych przepisów w tym zakresie szkodzi więc rodzimemu biznesowi. I rozwijamy się wolniej, niż byśmy się mogli rozwijać, nie będąc członkiem Unii.

 

Przyspawani do innych

Uczestnictwo w UE staje na przeszkodzie pogłębieniu naszych stosunków handlowych z innymi krajami, np. z USA i Kanadą. Stany Zjednoczone są naszym najbliższym sojusznikiem politycznym i byłoby w pełni zrozumiałe, gdybyśmy z tym krajem zacieśniali także stosunki handlowe. Jednak firmy z Ameryki Północnej, także te będące w rękach Polonii, mają z góry utrudnioną sytuację w porównaniu z ich europejskimi konkurentami – ich towary podlegają ocleniu, podczas gdy niemieckie czy francuskie nie. Tym sposobem około 80 proc. naszego importu to wwóz z UE, a tylko 2,2 proc. pochodzi z Ameryki Północnej. Jest wymiar polityczny naszego uczestnictwa w UE, którym tu się bliżej nie zajmujemy, ale nie sposób tej sprawy pominąć.

Przynależność do Unii pociąga za sobą praktycznie nieograniczoną działalność firm zachodnioeuropejskich na naszym rynku. Wskutek tego nasza gospodarka jest „przyspawana” do niemieckiej, ponieważ ten kraj dokonał u nas największych inwestycji i kontroluje całe dziedziny ekonomii. Ma to ten zasadniczy skutek, że jesteśmy głównie podwykonawcą. Firmy zachodnie częściowo przeniosły moce produkcyjne nad Wisłę, najczęściej produkcję podzespołów, natomiast dziedziny, w których rodzi się najwięcej wartości dodanej, prace badawczo-rozwojowe i montaż końcowy, znajdują się w krajach macierzystych. Ponieważ płace zależą od wartości dodanej wytwarzanej przez pracownika, stopa życiowa ludności w Polsce rośnie wolniej, niż by mogła, gdybyśmy mieli rodzime duże koncerny i ich centrale były zlokalizowane nad Wisłą. Mówiąc wprost, tak długo, jak Unia będzie działać na obecnych zasadach, nad Wisłą przeciętny obywatel nigdy nie będzie zarabiać tyle, co jego niemiecki odpowiednik.

Powyższy szkic odnosi się do przeszłości, podczas gdy chyba ważniejsze jest to, co nas czeka w przyszłości. Czy na dalszą metę uczestnictwo w UE przyniesie nam możliwości przyspieszenia rozwoju, czy nie? Prognozy gospodarcze są zawsze obarczone wielką dozą ryzyka, więc tej sprawy nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, niemniej rozliczne sygnały płynące z Brukseli nie napawają optymizmem. Pomińmy kwestię możliwości powiązania uzyskiwania funduszów unijnych z przestrzeganiem praworządności – jest to pytanie natury politycznej, a tu skupiamy się na sprawach gospodarczych – i zajmijmy się tylko sytuacją ekonomiczną w UE.

 

Kołdra zawsze krótka

Nie jest żadną tajemnicą, że podstawowym problemem, z jakim boryka się Unia, jest obrona euro i interesów państw, które przyjęły wspólną walutę. Od zarania istnienia euro liczni ekonomiści wskazywali na podstawową strukturalną słabość strefy euro: brak wspólnego budżetu. O takim pomyśle mówi się od dawna i kwestią sporną jest raczej to, kiedy, a nie czy, zostanie on ustanowiony. Biorąc pod uwagę, że z jednej strony Niemcy, główny wygrany integracji pieniężnej, nie mają najmniejszej ochoty dzielić się pożytkami płynącymi z istnienia euro, a z drugiej, iż każdy podmiot gospodarczy cierpi na syndrom krótkiej kołdry, środki na ratowanie strefy euro będą musiały pochodzić z innych źródeł. Czyli z pieniędzy do tej pory przekazywanych słabiej rozwiniętym członkom UE.

Zatem jest całkiem realne, że przyszła „perspektywa” budżetowa UE na lata 2021-2027 będzie zakładać mniejsze wpływy dla państw spoza strefy euro. Nie ma natomiast najmniejszych szans na to, że ogólne ramy funkcjonowania Unii, czyli całkowicie wolny przepływ towarów (bo już nie usług, dziedziny wymagającej mniejszych nakładów finansowych, czyli takiej, w której polskie przedsiębiorstwa mogłyby łatwiej osiągać sukcesy) będzie nadal obowiązywać. Mówiąc wprost, możemy znaleźć się w sytuacji, w której bilans kosztów i pożytków zostanie jeszcze bardziej skrzywiony na korzyść bogatych krajów.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest profesorem ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia, USA

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 9 grudnia

Oto przyjdzie Król, Pan ziemi,
i zdejmie z nas jarzmo niewoli.

Dziś w Kościele:
+ poniedziałek, II tydzień Adwentu,
wspomnienie św. Jana Diego Cuauhtlatoatzin
lub wspomnienie św. Leokadii, dziewicy i męczennicy
+ Czytania liturgiczne (rok A, II): Iz 35,1-10; Ps 85,9-14; Łk 5,17-26
+ Komentarze Bractwa Słowa Bożego do czytań

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



Najczęściej czytane artykuły



Nasze patronaty


Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -