17 listopada
sobota
Salomei, Grzegorza, Elzbiety
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Jeszcze o reformie szkolnictwa wyższego

Ocena: 0
1482

Przedłożony we wrześniu 2017 r. przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego projekt nowego prawa o szkolnictwie wyższym, tzw. ustawa 2.0, wymaga, mimo wyjątkowo rzetelnie przeprowadzonego procesu jego ustalenia, dalszej dyskusji i poprawek w kwestiach szczegółowych.

fot. pixabay.com

Nasze szkolnictwo wyższe i nauka wymagają przede wszystkim lepszego finansowania, ale także reform, które będą sprzyjać jak najlepszemu wykorzystaniu przyznawanych środków – pisałem o tym w  „Reformie potrzebnej od zaraz” („Idziemy” 43/2017). Niedawny list prawie 150 naukowców do wicepremiera i ministra nauki i szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina, negatywnie oceniający obecny projekt ustawy 2.0, został podpisany przez kilku uczonych wybitnych oraz dziesiątki naukowców mających wielkie doświadczenie zdobyte na renomowanych polskich uczelniach. Już choćby dlatego list zasługuje na uważną lekturę i bardzo poważną analizę treści.

Sygnatariusze listu mają rację. Ustawa proponuje niemal rewolucję, a zatem jej realizacja obarczona jest ryzykiem niepowodzenia, i to w materii tak wrażliwej i doniosłej, jaką jest szkolnictwo wyższe. Można wszakże sądzić, iż – przynajmniej częściowo – zawarte w liście zbyt surowe oceny wynikają z pominięcia trzech kwestii.

 

Musu nie ma

Po pierwsze, ustawa raczej proponuje, niż zmusza. Na przykład, wbrew twierdzeniu autorów, możliwe jest zachowanie rad wydziałów i dziekanów jako organów uczelni. Jednocześnie to prawda, że ustawa nakłada obowiązek takiego zrekonstruowania wydziałów i samych studiów, by programy nauczania dotyczyły na różnych wydziałach różnych dyscyplin naukowych. Dziś ta sama dyscyplina może być rozwijana na różnych wydziałach, ale takie rozdrobnienie badań nie ma sensu. Tak samo trudno uzasadnić idące dziś za tym rozdrobnienie oceny jakości badań prowadzonych na uczelni. Oceniać należy dyscypliny naukowe uprawiane na uczelni – i tylko te dyscypliny, a nie wydziały. I wcale nie oznacza to oceny uczelni jako całości, jak sugerują autorzy listu.

Prawdą jest natomiast, że niepokoi zapis stanowiący, iż ustalanie programów studiów i kształcenia w szkołach doktorskich należy do senatu uczelni. Wystarczy wszakże dodać w odpowiednich zdaniach: „chyba że statut uczelni stanowi inaczej”, by problem zniknął. Nic nie będzie wówczas stało na przeszkodzie, by wydziałowi kształcącemu w danej dyscyplinie lub dyscyplinach oraz senatowi uczelni przypisać w materii ustalania programów tę samą rolę, jaką zwykle pełnią dzisiaj. Odpowiednio skonstruowany statut uczelni – na sposób podobny do obecnie typowego – pozwoli uniknąć groźby przydania rektorowi zbyt wielkiej władzy; dziś, tak jak w projekcie, to rektor ma zwykle prawo powoływania i znoszenia kierunków, i nic złego się z tego powodu nie dzieje.

 

Przetrwają najsilniejsi?

Teraz druga kwestia: uczelnie badawcze i reszta. To, co nie ma racji bytu, gdy w kraju kształci się 10 proc. młodzieży (jak w Polsce w roku 1990/1991), może być rozwiązaniem arcysłusznym, gdy studiujących mamy ok. 40 proc. A tak jest dzisiaj. Jesteśmy w stanie – jeśli nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe będą dostatecznie szybko rosły – wykształcić na najwyższym poziomie parę procent młodych osób, ale nie więcej; zresztą tych najzdolniejszych nie ma więcej. Potrzebujemy zatem uczelni badawczych, czyli z założenia należących do ekstraklasy, ale także uczelni regionalnych i uczelni zawodowych. I nie jest prawdą, że cała kadra nauczająca musi się składać z badaczy z habilitacjami. Tak jak nie jest prawdą, że nawet na najlepszych uczelniach nie ma miejsca dla tzw. profesorów dydaktycznych – jak ich nazywa ustawa 2.0 – bez habilitacji.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najczęściej czytane artykuły



Najczęściej czytane komentarze

- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -