20 stycznia
sobota
Fabiana, Sebastiana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Gorzka wygrana Angeli Merkel

Ocena: 0
777

Niemiecka kanclerz co prawda wygrała po raz czwarty wybory, ale rządzić będzie jej bardzo trudno. Nowy Bundestag jest bardzo podzielony

fot. PAP/EPA/ARMANDO BARBANI

Szykuje się zupełnie nowa koalicja, od barw tworzących ją partii nazwana już „Jamajką”: czarno (CDU/CSU) – żółto (FDP) – zielona (Zieloni). Chrześcijańscy demokraci, czyli partie CDU i CSU (ta ostatnia działa w Bawarii), uzyskali 33 proc. głosów, a socjaldemokraci z SDP zaledwie 20,5 proc. Oprócz nich w Bundestagu znalazły się jeszcze cztery partie: prawicowa i antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD) – 12,6 proc., liberalna Wolna Partia Demokratyczna (FDP) – 10,7 proc. oraz Lewica – 9,2 proc. i Zieloni – 8,9 proc. Do tej pory parlament zdominowany był przez wielkie partie, teraz będzie inaczej.

 

Przegrana i wygrana

Kolejna kadencja Angeli Merkel jest niemal pewna. Jest niekwestionowanym zwycięzcą wyborów, bo choć jej ugrupowanie straciło sporo głosów, to wciąż jest największe w parlamencie. I to pani Merkel będzie rozdawać karty. Tyle że jest z nimi pewien problem.

Dotychczasowy koalicjant, socjaldemokraci, stracił najbardziej – a SPD liczyła na zwycięstwo. Jej lider Martin Schulz natychmiast ogłosił przejście do opozycji. Tymczasem najbardziej prawdopodobny nowy koalicjant, a więc liberałowie – po czterech latach przerwy znów są w Bundestagu – ma za mało deputowanych, żeby powstał znany dobrze z przeszłości dwupartyjny rząd. A to oznacza konieczność szukania nowych możliwości.

I stąd koncepcja „Jamajki”. Co prawda CDU/CSU, FDP i Zieloni nie do końca do siebie pasują, ale być może uda im się jakoś dogadać. Jak wykazują dotychczasowe doświadczenia, od 1990 r. tworzenie rządu zabierało Niemcom średnio 46 dni. Oczywiście są wyjątki – np. w 2013 r. prace nad nowym gabinetem trwały prawie trzy miesiące. Optymistycznie licząc, nowy rząd w Berlinie powstanie w listopadzie, a pesymistycznie – może na Boże Narodzenie lub nawet później. To nie oznacza, że dziś Niemcy rządu nie mają; Angela Merkel wciąż jest kanclerzem.

Tak czy owak, CDU/CSU będzie musiało pogodzić się z apetytami potencjalnych koalicjantów. A od tego, kto jakie ministerstwo dostanie, sporo zależy. Czy np. prawa ręka pani kanclerz, minister finansów Wolfgang Scheuble, przetrwa? Na jego urząd ostrzy sobie zęby FDP. Kto przejmie resort spraw zagranicznych, tradycyjnie oddawany koalicjantowi chadeków? Jeśli wspomniana już FDP, to możemy się spodziewać łagodniejszego kursu wobec Rosji. Jeśli zaś będzie to przedstawiciel Zielonych, szanse na złagodzenie stanowiska wobec Moskwy zmaleją do zera.

Ale oczywiście nie tyle urzędy się liczą, co podejście poszczególnych ugrupowań do kluczowych kwestii politycznych. FDP jest przeciwne zacieśnianiu współpracy finansowej w ramach Unii Europejskiej, co z kolei może oznacza spory na linii Berlin-Paryż. Wiadomo, że francuski prezydent Emmanuel Macron bardzo liczy na wsparcie Niemiec w tej kwestii. Wypracowanie porozumienia koalicyjnego CDU/CSU–FDP–Zieloni będzie więc karkołomnym zadaniem.

Oczywiście możliwe jest powstanie rządu mniejszościowego, ale wówczas konieczne byłoby ciągłe targowanie się w Bundestagu i niekończące się pozyskiwanie sojuszników. Chyba więc jednak Angela Merkel zrobi wszystko, by mimo przeszkód stworzyć stabilną, większościową koalicję.

 

Sukces Alternatywy

Największym zwycięzcą wyborów jest Alternatywa dla Niemiec, AfD (Alternative für Deutschland), powstała zaledwie cztery lata temu. Z początku głównie eurosceptyczna, stała się przede wszystkim antyimigrancka. Od razu w 2013 r. zdobyła 4,7 proc. głosów w wyborach do Bundestagu – i się nie dostała. Już jednak w 2014 r. zdobyła w eurowyborach 7,1 proc. i siedem miejsc w Europarlamencie. Znalazła się tam w grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (w której jest PiS), ale została z niej wykluczona, gdy zawarła współpracę ze skrajnie prawicową, faszyzującą Wolnościową Partią Austrii.

Co ciekawe, w ostatnich wyborach AfD największe poparcie uzyskała w byłej NRD, i to zwłaszcza na terenach położonych najbliżej Polski; w Saksonii – miejscami do 30-40 proc., na wschód i południe od Berlina do 20-30 proc., wyprzedzając lokalnie nawet CDU. A to właśnie w tych regionach (poza samą stolica Niemiec) jest najmniej imigrantów. Landy z największym odsetkiem przybyszów z zagranicy na Alternatywę po prostu nie głosowały.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarz, politolog, analityk, działacz społeczny. W przeszłości związany z "Tygodnikiem Demokratycznym", "Kurierem Polskim" i "Rzeczpospolitą". Specjalizuje się w tematyce wschodniej.



Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły