19 kwietnia
piątek
Adolfa, Tymona, Leona
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Doktryna Trumpa

Ocena: 0
1175

Oświadczenie amerykańskiego prezydenta Standing with Saudi Arabia rzuca nowe światło na fundamenty polityki międzynarodowej Donalda Trumpa. Tak jak w biznesie: liczy się tylko zimna kalkulacja pożytków i kosztów, normy moralne nie mają żadnego znaczenia.

fot. EPA/BALLESTEROS

Wydane 20 listopada oświadczenie Standing with Saudi Arabia (w wolnym przekładzie: „Solidaryzując się z Arabią Saudyjską”) jest istotne nie tylko ze względu na swoją zawartość, ale także ze względu na kontekst. Chodzi o morderstwo dokonane kilka tygodni temu na Dżamalu Chaszukdżdżim, dziennikarzu i czołowym krytyku monarchii saudyjskiej. Był on rezydentem USA i stałym współpracownikiem „Washington Post”, jednego z najważniejszych amerykańskich dzienników. Został podstępnie zwabiony do saudyjskiego konsulatu w Istambule i 2 października zamordowany przez specjalnie przysłaną 15-osobową ekipę złożoną z członków saudyjskich służb specjalnych.

 

Wyłącznie interes narodowy

Bez przesady można powiedzieć, że zbrodnia ta nie ma precedensu w krajach uchodzących za cywilizowane i gwałci wszystkie formalne i niepisane reguły obowiązujące w polityce międzynarodowej. Tymczasem prezydent Trump solidaryzuje się z Arabią Saudyjską i jej przywódcami, szczególnie następcą tronu, który, według oceny CIA, nie mógł nie wiedzieć o planowanym morderstwie – jeśli wręcz go nie zlecił.

Arabia Saudyjska jest także uwikłana w niesłychanie brutalne działania wojskowe w Jemenie, gdzie od kilku lat bezlitośnie bombarduje powstańców z ruchu Houti, nie oglądając się na straty wśród ludności cywilnej. Obecny rząd saudyjski równie brutalnie obchodzi się z własną ludnością wyznania szyickiego. Kraj od dziesięcioleci jest postrzegany jako wylęgarnia ekstremistycznych poglądów islamskich, a istnieją przesłanki także do oskarżeń Arabii Saudyjskiej o wspieranie działalności terrorystycznej. A Donald Trump ogłasza, że stoi przy tym kraju.

I uzasadnia swoje stanowisko tym, że podczas jego ubiegłorocznej wizyty w Arabii Saudyjskiej kraj ten zobowiązał się dokonać zakupów broni i innych inwestycji w USA na sumę 450 mld (!) dolarów. Ta „rekordowa kwota” – cytuję prezydenta – ma się przyczynić „do powstania setek tysięcy nowych miejsc pracy” i tym samym przysporzyć Amerykanom „wielkich korzyści gospodarczych”. Arabia Saudyjska jest także „niezłomnym sojusznikiem” USA w zmaganiach z Iranem, który zalicza się do wielkich wrogów Ameryki, i w związku z tym USA pozostaną „nieugiętym partnerem” Arabii Saudyjskiej, aby zapewnić obronę „interesów” Stanów Zjednoczonych, Izraela i innych krajów leżących na Bliskim Wschodzie.

Donald Trump podkreśla, że uwzględniając rozliczne zagrożenia, wobec których stoi Ameryka, on, jako prezydent, ma zamiar kierować się tylko i wyłącznie „interesem narodowym” i „stanowczo zwalczać wszystkie kraje usiłujące szkodzić” USA.

Znamienne, że to oświadczenie zaczyna się i jest zakończone zwrotem America first!, czyli „Interes Stanów Zjednoczonych [zawsze] na pierwszym miejscu!”. A przecież anglosasi jak ognia unikają używania wykrzykników, jest on stosowany tylko w wyjątkowych przypadkach. Nie można zatem mieć jakichkolwiek wątpliwości, że to hasło wyborcze Trumpa jest w rzeczy samej myślą przewodnią wszelkich poczynań obecnego lokatora Białego Domu.

 

Z miliardem na czele

Obrona interesu narodowego jest naczelnym obowiązkiem przywódcy każdego kraju, niemniej do tej pory wszyscy prezydenci dokładali starań, aby ich sojusznicy stosowali się to pewnych podstawowych reguł. Jednym z ważniejszych argumentów przemawiających na rzecz USA w okresie zimnej wojny była kwestia obrony praw człowieka. Podnoszenie sprawy zbrodni sowieckich i nieustannego gwałcenia podstawowych praw ludzkich stanowiły bardzo mocne punkty w wojnie ideologicznej toczonej z komunizmem. Dzisiaj słyszymy, że nie szczytne ideały, ale miliardy dolarów są myślą przewodnią amerykańskiej polityki zagranicznej. Zimna kalkulacja w kategoriach „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem” zdecydowanie wygrywa w pojedynku z najbardziej elementarnymi zasadami moralnymi. Takie podejście do polityki międzynarodowej stanowi jednoznaczne zerwanie z amerykańską tradycją. Bez przesady można powiedzieć, że mamy do czynienia z nową amerykańską doktryną – doktryną Trumpa.

W przeszłości przywódcy amerykańscy nie zawsze hołdowali zasadom przyzwoitości. Można by długo wyliczać brutalnych dyktatorów, którzy zaliczali się do protegowanych USA, niemniej za wszelką cenę starano się takie fakty ukrywać, a publicznie promowano zasady „dobrego zachowania”. Jeśli tylko była taka możliwość, to Ameryka stawała po stronie demokracji i wolności. Natomiast w tym przypadku, oficjalnie i bez żenady, obwieszcza się całemu światu, że zarówno te zasady, jak i normy moralne nie mają najmniejszego znaczenia. Ta gwałtowna zmiany amerykańskiej doktryny ma potencjalnie ogromne znacznie dla naszej racji stanu.

W rozlicznych wypowiedziach i dokumentach, np. w ostatnim przemówieniu wiceprezydenta Mike’a Pence’a z 4 października, także w Strategii Obrony Narodowej ze stycznia 2018 r. czy Strategii Bezpieczeństwa Narodowego z grudnia 2017 r., za główne zagrożenie dla obecnej dominującej pozycji USA w świecie uznano Chiny i Rosję. Przy czym dla wszystkich jest oczywiste, że tak naprawdę tylko to pierwsze państwo ma potencjał i ambicje, by stać się światową potęgą. Rosja może kusić się o posiadanie wpływów, ale tylko w pewnych, ograniczonych regionach, np. na obszarze byłego ZSRR, w Europie Środkowo-Wschodniej czy w Syrii, natomiast nie ma możliwości odgrywania roli ogólnoświatowej.

Amerykańskie strategie jawnie głoszą, że te dwie „rewizjonistyczne” potęgi mogą zmienić swą politykę i nawiązać współpracę z USA. I znów: nie sposób tego zrozumieć inaczej, niż jako ukłon w stosunku do Rosji. Amerykańscy politycy wydają się mówić: jeśli pójdziecie na współpracę z nami w zmaganiach z Chinami, to czeka was za to nagroda. Trudno nie zauważyć, że prezydent Trump na wszelkie możliwe sposoby usiłuje nawiązać doskonałe stosunki z Władimirem Putinem – ich długa rozmowa w Helsinkach w lipcu tego roku jest tego najlepszym przykładem.

 

Na dwóch fortepianach

Z drugiej strony, nie można mieć wątpliwości, że Rosja nie przebolała utraty wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej. Doskonałym tego przykładem jest jej postępowanie w stosunku do Ukrainy, włącznie z ostatnim „incydentem” w Cieśninie Kerczeńskiej. Zatem w ramach „czystej polityki”, postępowania niekierującego się żadnymi moralnymi drogowskazami, porozumienie amerykańsko-rosyjskie wydaje się najprostszym środkiem do osiągnięcia strategicznych celów. Dla USA nasz region to odległa rubież, bez której można się obejść (w latach 1945-1990 „Zachód” kończył się na Łabie i fakt ten w niczym Ameryce nie szkodził), a która w razie dalszej konfrontacji z Rosją wymaga kosztownego wysiłku obronnego. Dla Rosji natomiast poszerzenie wpływów na tym obszarze to kwestia pierwszorzędna, za ustępstwa w tym zakresie jest skłonna słono zapłacić.

O tym, jak atrakcyjne byłoby dla obu stron zawarcie porozumienia, wielokrotnie pisaliśmy na tych łamach (np. „Idziemy” nr 4/2017, 30/2018, 39/2018). Trudno natomiast odnieść wrażenie, żeby rodzime sfery rządowe brały pod uwagę taki niekorzystny obrót spraw.

Podstawową zasadą w polityce (i nie tylko!) jest posiadanie „planu B”, drogi postępowania na wypadek, gdyby nie udało się osiągnąć pierwotnie zamierzonego celu. Posiadanie alternatywy daje także komfort podczas negocjacji z upragnionym partnerem, bo nie jest się zdanym na jego łaskę i niełaskę.

W tym konkretnym przypadku jedyną sensowną alternatywą jest udział w europejskich inicjatywach obronnych, które Polska traktuje tak, jakby to były zupełne mrzonki, podczas gdy posiadający własną broń atomową Brytyjczycy, pomimo Brexitu i dużo lepszego położenia geograficznego, wykazują wielkie zainteresowanie tymi poczynaniami. Londyn tak postępuje choćby z tego powodu, żeby mieć atut w negocjacjach ze swoim najbliższym sprzymierzeńcem – USA. Angielskie sfery rządowe doskonale rozumieją, że istotą polityki jest gra na kilku fortepianach naraz. Polska dyplomacja uczy się na razie gry na jednym.

W naszej historii mieliśmy do czynienia z licznymi przypadkami, w których decydenci wszystko stawiali na jedną kartę. Ile z tych pokerowych zagrywek zakończyło się sukcesem?

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest profesorem ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia, USA



Najczęściej czytane artykuły



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -