13 sierpnia
sobota
Diany, Hipolita, Poncjana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Czarne chmury nad Bidenem

Ocena: 0
1011

 


POMOGŁA PANDEMIA

Joe Biden uprzednio dwukrotnie kandydował na prezydenta i za każdym razem jego kampanie kończyły się szybko – mówiąc bez ogródek, w obu przypadkach poniósł klęskę. W zeszłym roku też mu początkowo szło opornie, aż do czasu, gdy elita partii demokratycznej zorientowała się, że mimo braku charyzmy i szerokiego poparcia w szeregach partyjnych jest on jedynym kandydatem, który ma cień szansy, żeby wygrać z Donaldem Trumpem. Wszyscy inni byli zdecydowanie zbyt lewicowi, żeby wygrać w wyborach powszechnych. Tuż przed tak zwanym Super Wtorkiem, dniem, w którym odbywają się prawybory w piętnastu stanach, w tym tak ludnych i ważnych, jak Kalifornia i Teksas, z ubiegania się o nominację zrezygnowała cała plejada kandydatów, których poglądy były trochę bliższe centrum. Tym sposobem na placu boju pozostali Joe Biden i dwoje bardzo lewicowych senatorów, Bernie Sanders i Elizabeth Warren. Głosy elektoratu podzieliły się i 3 marca Joe Biden pierwszy zameldował się na mecie. Dzięki temu manewrowi demokratycznej elity objął wyraźne prowadzenie. Co prawda, niebawem z kandydowania zrezygnowała Elizabeth Warren, ale Biden już miał dużą przewagę nad Sandersem i został kandydatem z ramienia demokratów.

W pokonaniu Trumpa bardzo pomogła mu pandemia. Pod pozorem ścisłego przestrzegania obostrzeń Joe Biden praktycznie nie podróżował po kraju, co dla wyraźnie już starzejącego się kandydata byłoby wielkim wyzwaniem. Czarną robotę odrobiły za niego media, które nieustannie przekazywały to, co z „piwnicy” swego domu (w amerykańskich domach w piwnicach często mieszczą się pomieszczenia biurowe) miał do powiedzenia kandydat Biden. Wygłaszał przemówienia, skrzętnie przekazywane przez kanały telewizyjne, natomiast jak ognia unikał konferencji prasowych, ponieważ przy takich okazjach często popełnia grube pomyłki. Tym sposobem fakt, że jest on już bardzo zmęczony życiem i może mieć kłopoty z wykonywaniem prezydenckich obowiązków, nie dotarł do świadomości znacznej części wyborców.

W tej chwili trudniej jest mu zaszyć się w czeluściach Białego Domu i unikać kontaktów z resztą świata. Stąd nie jest w stanie unikać wielkich gaf. Ostatnio wprawił w zdumienie całą Amerykę, gdy rozpoczął konferencję prasową od słów: „Oni dali mi tu listę i zostałem poinstruowany, że pierwszą osobą, której mam udzielić głosu, jest dziennikarz sieci telewizyjnej NBC”. Wieść, że prezydent USA jest przez kogoś instruowany, co ma zrobić, wprawiła w osłupienie całe społeczeństwo. Tego typu wpadki kosztują bardzo drogo i nad Bidenem pojawiły się czarne chmury. Tym razem sprawa nie został zamieciona pod dywan, media głównego nurtu ją poruszyły, co zaskakuje, ale tylko na pierwszy rzut oka.

 


CZAS KAMALI DEVI HARRIS?

Biden zrobił to, co do niego należało – pozbawił Trumpa urzędu – i teraz może odejść. Widać wyraźnie, że skończył już 78 lat i w tej chwili jest bardziej kulą u nogi demokratów niż walcem, który prze do przodu. Tuż za jego plecami jest idealny kandydat skrajnej lewicy, wiceprezydent Kamala Devi Harris. Jako kobieta, w dodatku różnorodna rasowo (pół czarnoskóra, pół Hinduska), a także zapalona adwokatka praw środowiska LGBT i zwolenniczka kultury śmierci, jest wymarzonym dzieckiem lewackiego skrzydła partii demokratów.

Jako taka w prawyborach w 2020 r. nie odniosła żadnych sukcesów. Zdobyła ledwie kilka procent głosów członków partii demokratycznej, pomimo że jej kampania została zasilona dużymi sumami pieniędzy od bardzo bogatych lewicowych Kalifornijczyków.

Rezygnacja Joe Bidena i wskoczenie Kamali Harris na fotel prezydenta spełniłyby marzenia wielu członków amerykańskich elit. O takim scenariuszu szeptano jeszcze przed ubiegłorocznymi wyborami, a dziś ta możliwość staje się bardziej realna.

Tak jak w roku ubiegłym establishment partii demokratycznej dokonał wolty, która wyniosła Joe Bidena aż do Białego Domu, tak dziś można obserwować pierwsze kroki na drodze do kolejnej wolty, zamiany Bidena na Harris. Taka zmiana dałaby demokratom dużo większe możliwości utrzymania prezydentury.

Rezygnacja Bidena, powiedzmy w obliczu klęski demokratów w wyborach do Kongresu w przyszłym roku, na co się zanosi, dałaby demokratom możliwość startowania w wyborach w 2024 r. z zupełnie innej pozycji. Jest mało prawdopodobne, że za trzy lata wówczas niemal 82-letni Joe Biden w ogóle będzie w stanie znieść trudy kampanii wyborczej i jest wielce prawdopodobne, że już na etapie prawyborów będzie mieć ogromne kłopoty, tak jak przydarzyło się Jimmy’emu Carterowi w 1980 r. Zatem w interesie elit partii demokratycznej jest uniknięcie ostrej walki pomiędzy samymi demokratami w ramach prawyborów, a to jest możliwe tylko wówczas, gdy pojawi się silny, niekwestionowany przywódca. Kamala Harris jako urzędujący prezydent miałaby wszelkie atuty, aby w ramach partii demokratycznej taką pozycję osiągnąć. Winę za katastrofę afgańską i inne kłopoty złożono by na barki Joe Bidena, a Kamala Harris startowałaby z czystym kontem.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest profesorem ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia, USA

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 13 sierpnia

Sobota, XIX tydzień zwykły
Stwórz, o mój Boże, we mnie serce czyste
+ Czytania liturgiczne (rok C, II): Mt 19, 13-15
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz



POLACY POMAGAJĄ UKRAINIE

Polecane przez "Idziemy" inicjatywy pomocy
(chcesz dodać swoją inicjatywę - napisz)

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter