18 października
poniedziałek
Juliana, Lukasza
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Błędna strategia

Ocena: 0
584

Błędy popełnione przez administrację G.W. Busha srodze zemściły się na supermocarstwie. Konsekwencje tego będą poważne. Także dla Polski.

fot. PAP/EPA/STRINGER

31 sierpnia kończy się amerykańska wojskowa obecność w Afganistanie. Ale już 15 sierpnia prezydent tego kraju Aszraf Ghani uciekł z Kabulu, do którego wkroczyli talibowie. Wśród Afgańczyków współpracujących z USA wybuchła panika. Państwa zachodnie pospiesznie ewakuują swoich dyplomatów.

Wszystko wskazuje również na to, że niebawem podobne zdarzenie będzie mieć miejsce w Iraku. Tym samym dobiegnie końca program budowy „nowego amerykańskiego stulecia” propagowany w drugiej połowie lat 90. ubiegłego wieku przez Richarda Cheneya, Donalda Rumsfelda i Paula Wolfowitza.

Amerykańskim stuleciem niektórzy nazywają okres 1945-1970 – czasy całkowitej dominacji USA nad Zachodem, której kres położyła wojna w Wietnamie i upadek systemu gospodarczego opartego na dolarze. „Project for the New American Century” to był trust mózgów i manifest neokonserwatystów, który wytyczał drogę do przywrócenia utraconego stanu rzeczy. Dojście do władzy George’a W. Busha umożliwiło podjęcie próby jego realizacji.

 


PODZIAŁ ŚWIATA?

Wiosną 1993 r. w mojej alma mater, Uniwersytecie Fordham, wygłosił wykład wysoki rangą urzędnik UE, który bez ogródek stwierdził, że w tej chwili mamy do czynienia z definitywnym podziałem świata: USA przypadają obie Ameryki, Europie – Afryka, Japonii – Azja, a jedyną niewiadomą jest, kto przejmie kontrolę nad przestrzenią posowiecką. Tak sobie wówczas wyobrażano świat w Brukseli. Nikt nie przypuszczał, że centra decyzyjne w Waszyngtonie mogą mieć inny pogląd na ten temat, i nie brano pod uwagę, że niebawem wiele do powiedzenia może mieć ktoś trzeci – Chiny.

Wojny w Afganistanie i Iraku zakończyły się nie tyle porażką wojskową – bo nikt nie wątpi, że gdyby Amerykanie chcieli dalej prowadzić tam działania zbrojne, to ani talibowie, ani proirańscy bojownicy szyiccy by ich stamtąd nie wykurzyli – ile porażką prestiżową. Polityczny wymiar też jest niebagatelny, ponieważ w Iraku zdecydowanie antyirańskiego Saddama Husseina zastąpiła proirańska szyicka większość. Zamiast całkowitej kontroli nad źródłami ropy naftowej dla Europy – import tego surowca z Bliskiego Wschodu do USA zawsze stanowił nikły ułamek całkowitego importu ropy – mamy do czynienia z gwałtownym wzrostem znaczenia Iranu i Chin w tym regionie. Zatem próba uzależnienia UE „od kuchni” spaliła na panewce.

Pokłosiem tego fiaska jest dziś Nord Stream I i II, bo Niemcy wolą grać ze słabą Rosją (z którą świetnie się gospodarczo uzupełniają), niż być zależni od amerykańskich sojuszników.

 


RYWALIZACJA Z CHINAMI

Wojny w Afganistanie i Iraku nie tylko pochłonęły ogromne pieniądze, nie tylko nadszarpnęły prestiż i wiarygodność USA – bo jednak broni masowego rażenia w Iraku nie znaleziono – ale też spowodowały utratę bezcennego czasu. Przez te dwie dekady Chiny z państwa posiadającego gospodarkę, która w cenach realnych stanowiła zaledwie połowę amerykańskiej, zmieniły się w państwo z gospodarką znacznie od amerykańskiej większą.

Sprawa inwazji na Irak stanowiła także kość niezgody pomiędzy USA i UE, szczególnie Francją. Ta ostatnia podjęła wszelkie wysiłki, żeby Zgromadzenie Ogólne ONZ nie wyraziło zgody na obalenie Saddama, co też jej się udało, a co z kolei doprowadziło do dalszego pogorszenia i tak nie najlepszych stosunków Waszyngton – Paryż. Tym samym prezydentura Donalda Trumpa i jego nieustanne ataki pod adresem UE w ogóle i Niemców w szczególności tylko pogłębiły antyamerykańskie resentymenty w tych wiodących europejskich krajach.

Pod względem gospodarczym UE jest superpotęgą i od chwili rozpadu ZSRR niemiecko-francuski tandem nieustannie prze w kierunku osiągnięcia podobnego statusu w innych sferach, czyli całkowitego uniezależnienia się od Waszyngtonu. Osłabienie pozycji USA na arenie międzynarodowej jest tym państwom na rękę. Interesy narodowe USA i duetu francusko-niemieckiego od dawna są rozbieżne i w przyszłości ten proces będzie się tylko pogłębiać.

 


WIELOBIEGUNOWY ŚWIAT

Strategia promowana przez amerykańskich neokonserwatystów po ataku z 11 września 2001 r. zakładała rywalizację na jednym froncie, z Europą. W tym zakresie Amerykanie nadal są stroną dominującą, ze względu na ich wiodącą rolę w NATO, ale UE zdołała zmniejszyć dystans w innych sferach. Natomiast wydaje się jasne – ostatnie kroki podejmowane przez Waszyngton na to wskazują – że rywalizacji z Chinami USA same nie wygrają. Ameryka na gwałt formuje sojusz z Japonią, Australią i Indiami.

Dwadzieścia lat temu wystarczyłoby amerykańskie weto w kwestii uczestnictwa Chin w Światowej Organizacji Handlu, żeby gospodarce chińskiej podciąć skrzydła i odsunąć w bardzo odległą przyszłość konieczność walki na dwa fronty. Natomiast dziś potrzebne są alianse, które przysłużą się innym, szczególnie Indiom, które wyrastają na kolejne supermocarstwo. Neokonserwatystom marzył się jednobiegunowy świat, tymczasem – z powodu przeliczenia się co do możliwych skutków inwazji Afganistanu i Iraku – świat nieuchronnie zmierza ku systemowi wielobiegunowemu.

Działa efekt „krótkiej kołderki”: aby powstrzymać Chiny, trzeba robić ustępstwa w stosunku do Niemiec i Indii, co je wzmacnia i w przyszłości spowoduje konieczność dalszych ustępstw. Inwazje na Afganistan i Irak istotnie przybliżyły chwilę wycofania się USA z Europy i tym samym pełnej emancypacji Niemiec, czyli zrodzenia się UE zdominowanej przez ten kraj. Podobnie wciąganie Indii do koalicji antychińskiej przybliża dzień, w którym ten potencjalny kolos gospodarczy, wojskowy i polityczny stanie się decydującym czynnikiem w basenie Oceanu Indyjskiego.

Chiny są najważniejszym partnerem gospodarczym dla niemal wszystkich większych krajów, ostatnio kraj ten nawet zdetronizował USA w obrotach z UE. Biorąc pod uwagę różnicę tempa rozwoju gospodarczego USA i Chin, zjawisko to będzie się w przyszłości nasilać.

Niemniej Stany Zjednoczone w przewidywalnej przyszłości pozostaną krajem, z którym wszyscy będą musieli się liczyć. USA nie mają poważniejszych konkurentów w swoim pobliżu, żadna inwazja im nie zagraża. O żadnym upadku mówić nie można, jedyne, co im grozi, to skurczenie się ich strefy wpływów.

 


POLSKA W KŁOPOCIE

Niestety, tego samego nie można powiedzieć o skutkach strategicznych błędów popełnianych nad Wisłą. Nasze położenie geograficzne jest zupełnie inne, podobnie ma się rzecz ze skalą naszych możliwości. Dla Polski każdy nierozważny krok niesie w sobie konsekwencje daleko wykraczające poza rozmiar strefy wpływów, bo takowa nie istnieje. Dla nas większe błędy mogą skończyć się w iście hamletowski sposób – być albo nie być.

Dziś niepodległość i suwerenność nie mniej niż od siły zbrojnej zależą od zaawansowania technologicznego, potęgi finansowej i ogólnego rozmiaru gospodarki. Wobec braku powyższych atutów dla Polski niezbędne jest posiadanie stabilnych i silnych sojuszów, a w tym zakresie jest bardzo źle. Jesteśmy członkiem UE, ale nasza pozycja w tym ugrupowaniu jest nieadekwatna do naszego potencjału. Wynika to z braku jakiejkolwiek strategii, określenia tego, co my chcemy w ramach Unii osiągnąć, nie mówiąc o tym, jak te cele chcemy osiągnąć.

Doskonałym tego przykładem jest ostatnia kampania zachwalająca, ile to pieniędzy dostaniemy w ramach Europejskiego Funduszu Odbudowy. Rozpoczynając tę kampanię, rząd nie zdawał sobie sprawy z tego, że sam nakłada na siebie pęta, bo nagle się okazało, że pieniądze dostaniemy, ale pod warunkami, których nie mamy ochoty spełnić. Zatem, PiS zrobił UE wielką reklamę, a teraz musi wykonać zwrot o 180 stopni i głosić, że ta Unia to jest bardzo „brzydka” instytucja.

Podobnie mają się sprawy na froncie amerykańskim. Prezydentowi Trumpowi robiliśmy wszystkie możliwe uprzejmości, nawet proponowaną amerykańską bazę wojskową chcieliśmy ochrzcić jego imieniem, a teraz nie bardzo kwapimy się do tego, żeby zaakceptować nowego ambasadora. Takie humorzaste postępowanie nie ma nic wspólnego z profesjonalizmem.

Politycy na świecie nie kierują się uczuciami, tylko interesem narodowym. Kraje, których przywódcy z jakichś powodów „zakochują” się w pewnych przywódcach, a „dąsają” na innych, w oczywisty sposób pokazują, że nie kierują się racją stanu swego kraju, tylko działają w afekcie. Takie postępowanie jest w świecie zupełnie niezrozumiałe i nie rokuje nadziei na owocną współpracę.

„Świat” nie ma nas „kochać”; w istocie rzeczy nigdy to nie będzie mieć miejsca, ponieważ on nie jest w najmniejszym stopniu romantyczny, tylko kieruje się zimną kalkulacją kosztów i pożytków. Natomiast winien nas postrzegać jako kraj sprawnie rządzony przez osoby zdolne odsunąć na bok swe emocje, przywódców, którzy są na wskroś racjonalni i profesjonalni.

Strategiczne błędy popełnione przez administrację G.W. Busha srodze zemściły się na supermocarstwie. Ogromne błędy popełniane przez kraj wielkości Polski mogą mieć dla niego bez porównania większe konsekwencje. Albo w końcu „wydoroślejemy” i dostrzeżemy, że nieustannie toczy się twarda walka o panowanie nad światem, albo po raz kolejny spotka nas jakaś bardzo niemiła „niespodzianka”.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest profesorem ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia, USA

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 18 października

Poniedziałek, XXIX Tydzień zwykły
Święto św. Łukasza, ewangelisty
Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem,
abyście szli i owoc przynosili.

+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Łk 10, 1-9
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



Najczęściej czytane artykuły



Najczęściej czytane komentarze

- Reklama -

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter