10 grudnia
poniedziałek
Julii, Danieli, Bogdana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Mniej wolności w sieci

Ocena: 0
1005

Do niedawna wydawało się, że choć w Internecie jest pełno „śmieci” i „fake newsów”, czyli informacji celowo nieprawdziwych, to jednak nie da się go ocenzurować.

fot. Pixabay, CC0

Po tym, jak okazało się, że Google tworzy ocenzurowaną wyszukiwarkę internetową dla Chin, możemy mieć pewność: wolność w światowej sieci staje się coraz bardziej ograniczona.

Do tego można dołożyć narastające problemy z sieciami społecznościowymi, za pośrednictwem których ludzie i instytucje usiłują wpłynąć chociażby na wyborców – i to bardzo często w skrajnie niewłaściwy sposób, tworząc fałszywe konta, wysyłając mylące treści i manipulując przekazem. Wkrótce może się okazać, że odróżnienie prawdy od nieprawdy w Internecie będzie po prostu niemożliwe.

 

Wielki Mur Ogniowy

Internetowa wyszukiwarka Google była niegdyś bardzo popularna w Chinach. Jednak jej funkcjonowanie zostało w sposób drastyczny ograniczone przez Wielki Mur Ogniowy – nazwa nawiązuje z jednej strony do chińskiego Wielkiego Muru, a z drugiej do antywirusowej zapory komputerowej, tzw. firewall. Uruchomiono go w 2006 r., a kolejny etap zakończono w 2008 r.

I dlatego, a także w związku z nasilonymi atakami hakerskimi, Google China, firma-córka Google, przeniosła się w 2010 r. do Hongkongu. Wyszukiwanie w Google zostało 30 marca 2010 r. w ChRL zabronione. W 2014 r. przestała tam działać również poczta Gmail. Jednak szefowie Google cały czas myśleli o powrocie do Chin. Już w 2016 r. zaoferowali pewne usługi dla chińskich informatyków, m.in. specjalne strony internetowe. W 2017 r. ogłosili powstanie Google Al China Center w Szanghaju. A 1 sierpnia 2018 r. w internetowym portalu The Intercept pojawiła się informacja, że Google pracuje nad ocenzurowaną wyszukiwarką internetową pod nazwą Dragonfly (Ważka).

Okazało się, że programiści Google opracowali specjalne aplikacje – wyszukiwarki internetowe dla smartfonów o nazwach „Maotai” i „Logfei” (a Chińczycy bardzo chętnie korzystają z wyszukiwarek w komórkach). Już zostały one pokazane chińskim władzom i mają zostać uruchomione w ciągu 6-9 miesięcy. Będą działać ściśle zgodnie z chińskim prawem i zasadami Wielkiego Muru Ogniowego, czyli – niektóre słowa po prostu będą wyszukiwane w ograniczony sposób. Chodzi na przykład o takie sformułowania, jak „antykomunizm” czy „dysydenci”. Zabronione strony internetowe nie pojawią się w wynikach wyszukiwania. Będą cenzurowane zarówno słowa, jak i obrazy.

Google zatrudnia 88 tys. pracowników. Jednak bardzo niewielu wiedziało o chińskim projekcie. Był ściśle tajny, bo choć miał przynieść powrót na ogromny chiński rynek, to jednak firmie groził poważny zarzut wprowadzania autocenzury.

 

Możesz być zły

To było do przewidzenia: przeciw planom Google zaprotestowały i organizacje broniące praw człowieka, i pracownicy tej firmy. List protestacyjny przeciwko planom uruchomienia „cenzurowanej wyszukiwarki” wysłało 1400 pracowników Google: „Pilnie potrzebujemy większej przejrzystości, rozmowy i zaangażowania w jasne i otwarte procesy: pracownicy Google muszą wiedzieć, co tworzą” – napisali. Ten list to nie nowość. W kwietniu tysiące pracowników skrytykowało prace nad amerykańskim programem wojskowym, tworzącym supernowoczesne oprogramowanie dla dronów. W efekcie Google zerwał kontrakt z Pentagonem.

Doszło do spotkania sygnatariuszy listu z dyrektorem generalnym Google, Sundarem Pichai. Powiedział, że jest zainteresowany dalszą ekspansją w Chinach, ale w sprawie „ocenzurowanej wyszukiwarki” wypowiadał się niejasno. Przyznał tylko, że takie prace są od dawna prowadzone.

Przy okazji ujawniona została inna bulwersująca sprawa. Przez lata mottem Google były słowa „don’t be evil”, co oznacza „nie bądź zły”, czy może raczej „nie postępuj źle”. Te słowa kilka miesięcy temu zniknęły z kodeksu postępowania pracowników tej firmy…

Ale są inne firmy, które mimo ograniczeń radzą sobie w Chinach. LinkedIn, czyli portal służący przede wszystkim budowaniu sieci kontaktów zawodowych, zdołał tam nie tylko przetrwać, ale i się rozwinąć. Stworzył przy tym mechanizm cenzurujący wypowiedzi; osoby, których posty zablokowano, otrzymują informację, że ich wypowiedź „zawierała treści zabronione w Chinach” i „nie będzie widoczna przez użytkowników znajdujących się w Chinach”. Ponadto, w ChRL nie można przystąpić do grup na LinkedIn i publikować artykułów.

 

Cenzura wszechobecna

Pomysły kierownictwa Google zostały też skrytykowane przez bardzo wiele organizacji, zwłaszcza walczących o prawa człowieka, jak Amnesty International, Human Rights Watch, Human Rights in China, Reporters Without Borders (reporterzy bez Granic), a także Access Now. Swój sprzeciw zgłosiła też sześcioosobowa międzypartyjna grupa amerykańskich senatorów.

Ale Chiny nie są jedynym krajem, który wprowadza cenzurę w Internecie. I tak na przykład Tajlandia wprowadziła ograniczenia w krytyce króla tego kraju. Zablokowane są wszystkie strony internetowe dotyczące niezależnej biografii zmarłego w 2016 r. króla Bhumibhola Adulyadeja, „The King Never Smiles” autorstwa Paula Handleya, a także poświęcony królowi artykuł w Wikipedii. Nawet jeśli Google skieruje nas do tych stron, w Tajlandii po prostu ich nie zobaczymy. A zresztą w 2016 r. doszło do spotkania przedstawicieli tajlandzkiego rządu z kierownictwem Google – i wspólnie ustalono, że władze będą przekazywać adresy wszystkich „niewłaściwych” stron celem zablokowania ich wyszukiwania. Jak oświadczył rzecznik Google, firma ta „zawsze miała jasną i stałą politykę w sprawie żądań usunięcia adresów stron z wyszukiwarki i tę politykę kontynuuje. Gdy zostanie poinformowana, że dana strona jest nielegalna, ograniczy do niej dostęp w danym kraju”.

Żądania zablokowania stron zgłaszają na przykład Niemcy – i to w dużych ilościach. W większości dotyczą one treści nacjonalistycznych, neonazistowskich czy np. zaprzeczających Holokaustowi.

– Wolność słowa przestała być wygraną sprawą – twierdzi Lokman Tsui, obecnie wykładowca w Hongkongu, a w przeszłości wysokiego szczebla pracownik Google, cytowany przez wspomniany „The Intercept”. – Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni „fake newsami”, mieszaniem się w wybory za pośrednictwem sieci społecznościowych, mową nienawiści.

I dodaje, że platformy internetowe przestały być uważane za przyjazne, a raczej uznane za niepokojące i niebezpieczne.

 

Rządzi manipulacja

Co jednak począć z sytuacją, gdy prawo do wolności słowa wykorzystywane jest w sieciach społecznościowych dla nielegalnego wpływania na wyborców? Afera z firmą Cambridge Analytica, która bezprawnie wyprowadziła z Facebooka miliony danych użytkowników i wykorzystała do profilowanych ogłoszeń wyborczych, pokazała, jaki to może być problem.

Ostatnio ujawniono próby zakłócenia jesiennych wyborów w USA (tradycyjnie, w listopadzie w Stanach Zjednoczonych odbywają się wybory, tak federalne, jak i stanowe czy lokalne). Eksperci podejrzewają, że chodzi o działania Rosjan. Niedawno Facebook poinformował, że usunął 32 – zapewne fałszywe – konta i strony zaangażowane w „nieautentyczne zachowania polityczne”.

Tymczasem naukowcy z Oxfordu opublikowali raport, z którego wynika, że od 2010 r. na świecie wydano pół miliarda dolarów na badania i wprowadzenie w życie „operacji psychologicznych” przy użyciu mediów społecznościowych. Są wśród nich pieniądze wydane w jak najbardziej słusznym celu, dla przykładu – na programy amerykańskie zwalczania ekstremistów, np. fundamentalistów islamskich. Rok temu ta sama grupa naukowców stwierdziła, że tylko w 2016 r. rządy i ugrupowania polityczne usiłowały manipulować mediami społecznościowymi w 28 krajach.

– Wyborcza dezinformacja podczas kampanii jest dziś czymś normalnym – powiedział współautor raportu Philip Howard, cytowany przez nowozelandzki portal „Stuff”. – W demokracjach na świecie coraz więcej partii politycznych używa mediów społecznościowych do rozsiewania fałszywych i propagandowych informacji – dodał. Podkreślił przy tym, że najintensywniejsze są wysiłki ze strony Rosji, ale inne kraje też są coraz bardziej aktywne – zwłaszcza te autorytarne.

Amerykańska telewizja NBC News podała wyniki innych badań. Oto np. fałszywe informacje na Twitterze były dwa razy częściej podawane dalej niż prawdziwe. „Fałsz rozpowszechniany jest znacząco szybciej, dalej i głębiej niż prawda i to we wszystkich kategoriach informacji” – napisali w piśmie „Science” członkowie zespołu z amerykańskiej uczelni Massachussetts Institute of Technology. I dodali: „aby dotrzeć do 1500 ludzi, prawda potrzebuje około sześć razy więcej czasu niż fałsz”.

Co więcej, z badań wynika też, że to nie zaprogramowane „boty” rozsiewają fałsz, a przede wszystkim żywi ludzie, co z kolei przydaje wiarygodności nieprawdziwym informacjom. Ponadto, fałsz rozpowszechnia się „kaskadowo”, jest chętniej przekazywany dalej. To z kolei skłania do zadania pytania: czemu tak się dzieje? Dlaczego wiadomości fałszywe są uznawane za ciekawsze? Na to winni odpowiedzieć psycholodzy.

Tak czy inaczej, wydaje się, że nasza przyszłość w sieci będzie coraz trudniejsza. Z jednej strony, informacje w coraz szerszym stopniu będą cenzurowane. A z drugiej, nasilać się będzie zalew wiadomości fałszywych. To zaś oznacza, że zadając wyszukiwarce Google pytanie, nie będziemy mieć pewności, czy w ogóle otrzymamy odpowiedź – a jeśli ją jednak dostaniemy, czy nie będzie celowo spreparowana.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarz, politolog, analityk, działacz społeczny. W przeszłości związany z "Tygodnikiem Demokratycznym", "Kurierem Polskim" i "Rzeczpospolitą". Specjalizuje się w tematyce wschodniej.



Najczęściej czytane artykuły



Najczęściej czytane komentarze



Najwyżej oceniane artykuły



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -