12 grudnia
środa
Dagmary, Aleksandra, Ady
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

W oceanie wierszy o Polsce

Ocena: 4.95
2541

– Nie da się zrozumieć własnej tożsamości bez pamięci, bez tradycji. Odcinając je, dokonujemy samookaleczenia – mówi Justyna Chłap-Nowakowa

fot. arch. Justyny Chłap-Nowakowej

Z dr Justyną Chłap-Nowakową, poetką i historykiem literatury, rozmawia Iwona Budziak

 

Obawiam się, że pytanie cię o to, dlaczego piszesz wiersze, jest równie niemądre, jak dociekanie, dlaczego ptaki śpiewają, drzewa szumią?

Pytanie, oczywiście, nie jest niemądre, tyle że nie potrafię dać na nie jasnej i pewnej odpowiedzi. To chyba mój sposób komunikowania się ze światem. Jestem nieśmiała, trudno mi powiedzieć coś publicznie, a poezja pozwala wyrazić różne rzeczy, „udając”, że to nie ja o nich mówię. Wiersz posługuje się skrótem, umownością, symbolem, znakiem, więc jeżeli ktoś czuje i myśli podobnie jak ja, rozszyfruje go, a jeśli nie – to nie. Zresztą długo pisałam tylko do szuflady, żeby zatrzymać to, co dla mnie ważne, a co przemija tak szybko. Właściwie nie zatrzymać, takiej sprawczej mocy poezja jednak nie ma, tylko zachować – w słowie, w pamięci. Wiadomo, że w ziemskim porządku naszego życia na upływ czasu nic nie poradzimy. To bywa niekiedy bardzo trudne, ale nie mam o to żalu do Pana Boga, nie mam żadnych faustowskich pokus, żeby wołać: „Trwaj, chwilo!”. Ufam, że w tym wiekuistym bezmiarze, który nas czeka, już nic nam nie ucieknie, ale nie umiem sobie tego wyobrazić.

 

Ja w twoich wierszach odnalazłam samą siebie: moje zachwyty, zwątpienia, niepokoje, doświadczanie Pana Boga. Pisząc o sobie, napisałaś też o mnie, choć przecież nie znałyśmy się zupełnie.

To dla mnie bardzo cenne – usłyszeć, że ktoś odnajduje w moich słowach swoje doświadczenie. Podobnie o tych wierszach mówiła moja, już niestety nieżyjąca, przyjaciółka Agata, której dedykowałam „W alfabetycznym nieporządku”. Zachęcała mnie do ich wydania, twierdząc, że te teksty, choć przecież moje, są zarazem „bardzo jej i o niej”, więc może ktoś jeszcze tak je odbierze.

 

Tak jak te piękne, nastrojowe zdjęcia, które zamieściłaś na okładkach, zatrzymują pamięć o majątku twojej rodziny w Bacikach na Podlasiu?

Baciki to dom, który dziadkowie z maleńkimi córkami musieli we wrześniu 1939 r. w dramatycznych okolicznościach opuścić, zostawić w nim prawie wszystko. Do końca życia mówili o nich zawsze „nasze strony” i bardzo tęsknili, ale nigdy nie słyszałam, żeby narzekali, dawali upust rozgoryczeniu. Tak byli wychowani, o wiele surowiej od naszego pokolenia, byli dużo silniejsi, dzielniejsi. Jednak wciąż o tamtych latach i ludziach opowiadali, więc z czasem to miejsce wrosło głęboko i we mnie i w sercu trwa.
 

Domyślam się, że jest to jeden z tych śladów wpisanych w twoje życie; a jakie są te inne ślady wyniesione przez ciebie z rodzinnego domu?

Nasz dom był bardzo patriotyczny, to było wychowanie bez musztry i bez przymusu, bardzo naturalne: dziadek Stanisław Augustynowicz należał do Orląt Lwowskich, drugi, Andrzej Chłap, walczył w wojnie bolszewickiej, pradziadek Henryk Ciecierski też, jako blisko 60-letni szeregowiec ochotnik. Moi rodzice nie chcieli, żeby telewizja czasów PRL-u namieszała mi w głowie, więc do 12. roku mojego życia nie mieliśmy telewizora. Królowało radio – długo myślałam, że istnieją tylko trzy radiostacje: Wolna Europa, Londyn i Głos Ameryki. To nasłuchiwanie, a potem rozmowy o tym, co udało się usłyszeć, było jednym z bardzo ważnych rytuałów dnia. Sporo też wspólnie śpiewaliśmy, zwłaszcza piosenki patriotyczne, trochę inne niż w szkole.

 

Wychowywana w takim domu nie czułaś się zagubiona w PRL-owskiej codzienności?

Właściwie PRL wydawał się prosty, jednoznacznie czarno-biały. Ten wczesny musiał być straszny, ale ja dorastałam już później, nie tylko w tej beznadziei, raczej w czasach „wrogich i wspaniałych” (jak o swojej młodości pisał Miłosz). Bardzo dużo wtedy doświadczyliśmy też dobrego. Świadomość, że mamy obrońcę, patrona i przewodnika w osobie Jana Pawła II, to był dar bezcenny. Teraz, gdy go tu z nami nie ma, czujemy, jak bardzo się o niego opieraliśmy. I jakim był mocarzem. No i mieliśmy „Solidarność”. W sierpniu 1980 r. pojechaliśmy z ojcem na wakacje do Gdańska, rzecz jasna, nie wiedząc, co tam zastaniemy. I praktycznie całe wakacje spędziliśmy, jeżdżąc pod bramę Stoczni. Potem był stan wojenny, ojciec działał w podziemiu, tylu dzielnych i dobrych ludzi wtedy spotkaliśmy. Jeździliśmy z rodzicami na Msze za ojczyznę, zwłaszcza do Nowej Huty – do Arki, Mistrzejowic, także do jezuitów, to był zastrzyk sił. Było lżej oddychać.

 

Dom rodzinny ukształtował także twój gust literacki?

Moja babka Henrieta Augustynowicz-Ciecierska była polonistką, Sienkiewicza uwielbiała, na nim wyrastała, więc i nam, wnuczkom, czytała go od wczesnego dzieciństwa. Najpierw „Krzyżaków”, potem całą „Trylogię”. Jednak w świat poezji wprowadzała mnie matka. Wyrastałam na bajkach i satyrach Krasickiego, na balladach Mickiewicza. „Powrotu taty” mogłam słuchać bez końca... Potem zachwyciłam się Słowackim. Porywała mnie jego wyobraźnia językowa. Ale najbardziej poruszał mnie „Pogrzeb generała Meyznera”.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:
 

Najwyżej oceniane artykuły



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -