17 listopada
sobota
Salomei, Grzegorza, Elzbiety
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Na progu tajemnicy

Ocena: 0
934

– Tradycja chrześcijańska jest zanurzona w poezji. Bóg przecież zwierza się człowiekowi w języku artystycznym – mówi ks. prof. Jan Sochoń.

fot. arch. ks. Jana Sochonia

Z ks. prof. Janem Sochoniem rozmawia Sylwia Gawrysiak

 

Czterdziestolecie twórczości naukowej i artystycznej Księdza Profesora zbiega się z rocznicą wyboru papieża Jana Pawła II – kapłana, filozofa, poety. Jak ten pontyfikat wpłynął na życie Księdza Profesora?

Całe moje życie – jak codzienność pokolenia, do którego przynależę – przebiegało, jeżeli mogę tak określić, w drogocennym cieniu i pod patronatem intelektualnym, kapłańskim, artystycznym Karola Wojtyły, a później Jana Pawła II. Nie dziwi więc, że sporo pisałem o papieżu, jego twórczości, filozofii, teologii. Uznaję jego życiowy dorobek za porównywalny z dziełem polskich romantyków, zwłaszcza Mickiewicza. A prywatnie nie umiem sobie po prostu wyobrazić własnego życia bez – duchowej już teraz – obecności autora „Tryptyku rzymskiego”. Modląc się, często przywołuję Ojca Świętego, pozostając z nim w specyficznej bliskości. Bo wiem, że to co duchowe, nie jest ontycznie słabsze od tego co widzialne.

Kto jeszcze Księdza inspirował? Błogosławiony Jerzy Popiełuszko?

To przedziwna rzecz. Jurka znałem niemal od dzieciństwa, ale nigdy nie należałem do kręgu jego bliskich przyjaciół. Głębiej poznałem go właściwie już po jego śmierci, kiedy wraz z grupą badaczy zacząłem przygotowywać materiały potrzebne do procesu beatyfikacyjnego. I dzisiaj, kiedy odprawiam Mszę Świętą, zawsze w moim sercu niemal machinalnie pojawiają się dwie osoby: Jan Paweł II i Ksiądz Jerzy. Oni stali się cząstką mojej wrażliwości, mojego sposobu rozumienia świata i człowieka. Jurek był kimś zupełnie pozbawionym sztuczności. Wszystko czynił z głębi swego egzystencjalnego doświadczenia, niczego nie robił na pokaz. Autentyzm i prostolinijność przedkładał ponad wszystko inne, gdy chodzi o relację z ludźmi i z Bogiem. Umiał też przyznawać się do tego, co było w nim słabe. Nigdy nie mówił, że jest utalentowany, że potrafi głosić wspaniałe kazania, że nadaje się na przywódcę solidarnościowej wspólnoty. Okazało się jednak, że to czego nauczał i o czym świadczył było piorunujące, rozjaśniało religijno-patriotyczną świadomość Polaków i ulice polskich miast.

Czy ta szczerość ks. Popiełuszki była wzorem dla Księdza jako poety?

Nigdy o tym nie myślałem w tych kategoriach. Dla artysty jednakże kwestia szczerości jest fundamentalna i wiąże się z wolnością. A jeżeli jest on księdzem, to sprawa staje się niemal dramatyczna. Zawsze bowiem trzeba pytać: gdzie jest granica twórczej otwartości? Czy mogę pisać o tym, co jest najbardziej wsobne, delikatne, intymne? Jako człowiek doświadczam przecież wszystkiego, co w sposób naturalny tka ludzkie życie. I owe treści, na całe szczęście, wsączają się w rzeczywistość ukazującą się w moich utworach. Dlatego wyobraźnia nie gra u mnie pierwszoplanowej roli. W tym sensie szczerość to najpierw nieskłamany sposób mówienia o sobie. Co oznacza też, że artysta musi się poddawać sile języka wiodącego w rejony, których on sam nie był w pełni świadom albo dotąd nie potrafił wydobyć na powierzchnię istnienia. To jest niebywale tajemniczy żywioł. Nie lubię słowa „natchnienie”, ale bez niego nie istnieje żadna godna uwagi twórczość. Oczywiście pozostaje pytanie, czy powinienem odsłaniać wszystko, co w moim przeżyciu natarczywie domaga się wysłowienia?

Właśnie, czy Jan Sochoń kapłan cenzuruje Jana Sochonia poetę?

Mam świadomość granic wypowiedzi artystycznej. Po pierwsze dlatego, że wolność artysty nie ma boskich wymiarów, jako ludzka, determinowana przez najróżniejsze czynniki, a po drugie, żyję w świetle Ewangelii i Bożych przykazań. One mnie swoiście ograniczają, ale ku wolności, ponieważ poza wiarą w realne owoce zbawczego czynu Chrystusa nie widzę żadnej innej drogi prowadzącej ku szczęściu. To buduje granicę moich literackich wypowiedzi. Nie piszę tekstów, które by prowadziły i mnie, i odbiorców do wewnętrznego niepokoju, rozdarcia czy żalu albo niosły przesłanie obrazoburcze, zabarwione negatywnością bądź skrajnym pesymizmem. Twórczość powinna prowadzić raczej do scalania rozsypującego się lustra życia, do tworzenia ładu w najszerszym sensie tego słowa. Co oczywiście nie znaczy, że nie pokazuję ciemnych stron doświadczenia życiowego.

Poezja była pierwszą miłością. Później pojawiło się kapłaństwo. Jak człowiek już doświadczony, artysta, dziennikarz odnajdywał się w seminarium?

Po ukończeniu studiów polonistycznych trochę męczyłem się sam ze sobą, uważałem, że nie robię tego, co powinienem. Pod koniec lat 70. mój duch niejako przyparł mnie do muru i wówczas – w jasności umysłu – pomyślałem, że moja droga życia wiedzie mnie wprost do kapłaństwa. Byłem wychowany w kulturze przykościelnej przez ks. Piotra Bożyka, spowiednika i powiernika ks. Popiełuszki, który przeczuwał, że taką drogę właśnie wybiorę. A w seminarium czułem się nadzwyczaj dobrze. Miałem wiele czasu na lektury, a nawet wyjazdy poza Warszawę, by uczestniczyć w spotkaniach poetyckich ruchu artystycznego „Nowa Prywatność”. Ówczesna władza seminaryjna odznaczała się niecodzienną wrażliwością na niepowtarzalność kleryckiego stylu życia. Wiele zawdzięczam ojcu duchownemu ks. Janowi Sikorskiemu, ks. rektorowi Stanisławowi Kurowi i ks. prof. Bronisławowi Dembowskiemu, obecnemu biskupowi seniorowi we Włocławku, dzięki którym mój pobyt seminaryjny był intelektualną oraz duchową przygodą i przyjemnością zarazem.

Bp Michał Janocha często powtarza, że sztuka może być narzędziem ewangelizacji, ponieważ pozwala na spotkanie z Bogiem ludziom, którzy są daleko. Czy poezja też może pełnić taką funkcję?

Byłbym tutaj ostrożny. Otóż poezja nie może zastąpić doświadczenia religijnego, modlitwy, szerzej: liturgii. Natomiast jest w stanie sugerować odbiorcy taki obraz świata, doprowadzać do tego rodzaju przeżyć, że będzie się on kierował w stronę sekretów pojętych konfesyjnie. I tylko tyle, bądź aż tyle. W wierszu wartości estetyczne czy formalne na ogół wysuwają się na pierwszy plan. A piękno – wbrew opiniom wielu – nie ocala wcale świata. Zbawia Chrystus. Sztuka podprowadza tylko pod próg tajemnic religijnych.

Czy można modlić się przez poezję?

Tradycja chrześcijańska jest zanurzona w poezji. Bóg przecież zwierza się człowiekowi w języku artystycznym. Rdzeń języka biblijnego stanowi dukt symboliczny. Trudno sobie wyobrazić naszą religijną wrażliwość np. bez psalmów. A odmawiając brewiarz, stykam się z żywo pulsującą poezją. Za wielką poezję uważam też Mszał polski. Teksty w nim zawarte są niewyobrażalnie piękne, nieziemsko mądre. I mimo że powtarzam je niemal codziennie, wciąż pobudzają do religijnego namysłu i dziękczynienia za wszelkie dary płynące od Boga i ludzi. Jeżeli zaś chodzi o literaturę w ścisłym sensie, odnajdujemy wielu twórców, którzy odnoszą się do Boga w modlitwach poetyckich. Poeci mają tę niesamowitą zdolność wypowiadania tego, co trudno wyrażalne w relacjach Bóg – człowiek. Często świat kreowany przez wiersz okazuje się naszym, czyli odbiorców, światem. Tekst wypowiada nasze doświadczenia, marzenia, pragnienia.

Po co w tym wszystkim jeszcze filozofia?

Zawsze sądziłem, studiując jeszcze polonistykę, że namysł nad językiem, słowem potrzebuje określonej racjonalnej perspektywy. Dlatego zacząłem studiować filozofię, by pełniej rozpoznać, że kultura, w której żyjemy i którą współtworzymy, jest i wręcz być musi, kulturą uzasadnień. Gdyby Kościół, co trudne zresztą do wyobrażenia, odszedł nagle od zasad stanowionych przez filozofię, szczególnie klasyczną, nie mógłby właściwie odsłaniać treści budujących zarówno dogmat religijny, jak i to co stanowi o fenomenie doświadczenia religijnego. Teologia jest wszak próbą rozjaśniania Bożej tajemnicy w porządku i języku przyrodzoności. Może to czynić dzięki pryncypiom i pojęciom przejmowanym z zasobu europejskiej filozofii i hermeneutyki. Kiedy odprawiam Mszę Świętą, to zauważam, że język liturgii jest przeniknięty duchem i pojęciowością filozoficzną. Nieustannie wypowiadam takie terminy jak: „osoba”, „natura”, „współistnienie”, „przeistoczenie”, „bóstwo”. Zostały one wypracowane w wielkich sporach teologicznych, w tarciach soborowych, w horyzoncie technicznego języka klasycznej metafizyki. I chociaż może się nam ten język wydawać dosyć daleki od współczesnej wrażliwości, to jednak w nim zostały zawarte prawdy wiary chrześcijańskiej.

Jak to pogodzić z filozofią współczesną, która głównie wątpi, podczas gdy chrześcijanin ma wierzyć, zaufać Słowu…

Nieustannie się nad tym zastanawiam. Żyjemy w epoce ogromnej nieufności. Dzisiaj wielką sprawą w Kościele jest kwestia nie tylko słabości, które się tak często medialnie podkreśla, ale i powrotu do pryncypiów. Tak jak w czasie Soboru Watykańskiego II ojcowie nawoływali do powrotu do źródeł, zwłaszcza biblijnych, tak teraz musimy wracać do zasad ustalonych nie tylko przez pierwotny Kościół, ale w ogóle przez myślenie klasyczne. Mamy uczyć się „czytać rzeczywistość”, stworzoną przez Boga i powierzoną w opiekę człowiekowi. Kościół powinien zżyć się na nowo ze swoją głęboką tradycją. Wtedy może mierzyć się z tym, co niesie współczesność.

„Miałem szczęście, i mam je nadal, mimo że do tylu spraw jeszcze nie dorosłem”. To z wiersza „Oczy” z tomu „Półmrok”. Czy ta diagnoza jest aktualna?

Nikt nie może powiedzieć, że żyjąc w przygodnym świecie, już dorósł do tego co jest dobrem, prawdą, pięknem, odpowiedzialnością za innych. Wszystko czynimy z pewnego rodzaju ludzką niedoskonałością. Nazywam to pozostałością po grzechu pierworodnym. Bo nawet jeżeli patrzę komuś w oczy, mówiąc, że go kocham, to i tak gdzieś po cichutku odzywa się we mnie głos, że jest ktoś, kogo kocham bardziej – ja sam. Ten cień egoizmu jest w każdym z nas. Ale dopóki żyjemy, możemy wzrastać. W człowieku są nieobliczalne możliwości. Bo Pan Bóg – dziwna rzecz – daje nam wszystkiego za dużo. Wiele z tego marnujemy. Ale Pan Bóg się tym nie przejmuje, bo jest Bogiem nadobfitości.

A to szczęście, które Ksiądz „miał i ma nadal”?

Każdy człowiek przeżywa szczęście na swój osobisty sposób. Moje szczęście to fakt, że miałem niezwykle dobrych i czułych na wartość wiary rodziców, że spotkałem ludzi, których odważam się nazywać przyjaciółmi. Że wciąż się przemieniam. Że – mimo słabości i grzechów – idę drogą ku Bogu prowadzącą. Że mogłem poznawać świat, kulturę europejską, zżywać się z dziełami sztuki, literaturą, poezją i filozofią. To cudowne doświadczenia i niebywałe emocje, bez których właściwie nie mógłbym być szczęśliwy. No i oczywiście, że są wokół mnie i ze mną ludzie, których kocham. W słowie „miłość” streszcza się wszystko, co mogę uważać za esencję szczęścia.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka dziennikarstwa, etnologii i teologii. Od 2012 roku związana z tygodnikiem „Idziemy”. Należy do Wspólnoty Sant’Egidio.



Najczęściej czytane artykuły



Najczęściej czytane komentarze

- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -