15 grudnia
sobota
Niny, Celiny, Waleriana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Malarze Pana Boga

Ocena: 0
10727
Tadeusz Molga, tak jak jego ojciec Jan, całe życie poświęcił malarstwu sakralnemu.
Pracownię Tadeusza Molgi na warszawskiej Saskiej Kępie zalewa wiosenne światło.

– Naturalne światło jest niezbędne do malowania – opowiada artysta, kładąc kolejnymi pociągnięciami pędzla błękitną barwę na suknię Matki Bożej. Wizerunek według włoskiego malarza z XVII w. zamówiony został do kaplicy w Brnie. Wiele prac trafia do innych krajów, czasem nawet na inny kontynent. Tadeusz Molga malował już obraz do katedry w San Salvador, gdzie wisi w miejscu spoczynku abp. Oskara Arnulfa Romera, zamordowanego w 1980 r. w trakcie odprawiania Mszy Świętej.

– Szczególnym jednak przeżyciem była praca nad wizerunkiem zdjęcia Chrystusa z krzyża dla jednej z kaplic w Nigerii – opowiada malarz. – Zacząłem pracę w Środę Popielcową, skończyłem w Wielką Sobotę. To było jak swoiste rekolekcje.


Z PODKRAKOWSKIEJ WSI


W atmosferze „malarskiej” wzrastał przez całe życie. Jego ojciec Jan był znanym malarzem, Tadeusz odziedziczył po nim pracownię. – W wakacje, kiedy tata malował wnętrza kościołów, zabierał mnie do pomocy. Zgrzytałem zębami, bo koledzy wyjeżdżali wtedy na kolonie i obozy – wspomina z uśmiechem Tadeusz Molga. – Pomagałem malować ornamenty na ścianach, na przykład w kościele w Klembowie.

Malowidła Jana Molgi zdobią również kościoły w Latowiczu, Najświętszego Zbawiciela w Warszawie i w Zerzniu, gdzie powstały stacje Drogi Krzyżowej, w kościele św. Stanisława Kostki, gdzie namalowany jest św. Tadeusz i Matka Boża Bolesna, a także w bazylice Najświętszego Serca Jezusowego na Kawęczyńskiej, gdzie spod jego ręki wyszła scena ukrzyżowania Chrystusa. – Tata bardzo dużo malował na Dolnym Śląsku, gdzie po zmianie granic wiele kościołów poniemieckich znalazło się na terytorium Polski, między innymi w Oleśnicy, Legnicy, Kamiennej Górze – opowiada artysta.

Jan Molga (1917-2001) pochodził z bardzo biednej podkrakowskiej wsi. Rodzina nie była w stanie utrzymać się z uprawy pola, musiała szukać dodatkowego źródła zarobku. – Dziadek prowadził we wsi sklepik, obaj z tatą dorabiali jako cieśle. Tata pasąc krowy czy gęsi marzył, żeby zostać malarzem – mówi Tadeusz Molga. – W tamtych międzywojennych latach szukał mecenasa, który pomógłby sfinansować studia malarskie. Bezskutecznie.

W końcu w Istebnej na Śląsku Cieszyńskim znalazł warsztat prof. Konarzewskiego, zajmujący się malowaniem świątyń. Pierwsze kroki przyszły malarz stawiał jako pomocnik, aż w końcu stanął przed wielkim zadaniem. Wybuchła II wojna światowa. Malarze rozpierzchli się i trzeba było dokończyć podjęte przez pracownię poważne przedsięwzięcia. To był pierwszy sukces malarski Jana Molgi. Już po wojnie zgłosił się na krakowską Akademię Sztuk Pięknych. Po skończeniu uczelni, w poszukiwaniu pracy, trafił do Warszawy. Zatrudnił się w Teatrze Ludowym, w pracowni scenograficznej, jako malarz dekorator. Do lat 60. pracował w teatrach: po Ludowym był Teatr Dramatyczny. W końcu zdecydował się na samodzielną pracę malarza.


Z TATY NA SYNA


– Urodziłem się w poranek święta Zmartwychwstania, jako najmłodsze, czwarte dziecko w rodzinie – opowiada swoje losy Tadeusz Molga. – Tata twierdził, że wszyscy mamy talent. Ostatecznie bracia rozwinęli zainteresowania techniczne, siostra została nauczycielką. Nie garnąłem się do malowania. Kolega z liceum, który chciał zdawać na ASP, zaczął przychodzić do taty na konsultacje. Dopiero wtedy zacząłem rysować i malować.

Pierwsze podejście na wydział malarski zakończyło się fiaskiem. Zdał na historię sztuki na ATK, a potem trafił na konserwację sztuki na warszawskiej ASP. – Początkowo byłem bardzo niezadowolony, potem doceniłem te studia – mówi. Mógł poznać od kuchni warsztat sztuki malarskiej, choć znaczą jego część wyniósł przecież z domu. Pracę dyplomową wykonywał w kościele Bernardynów na Czerniakowie.

– Wtedy, w latach 80., konserwowałem dwa freski w prezbiterium – wspomina. Ta praca miała z góry założony podwójny skutek. – „Jeśli odnowimy część malowideł, to będzie zachęta dla władz, by zgodziły się na dotacje na dalszą konserwację”, inspirował mnie mój promotor prof. Stanisław Stawicki – wspomina artysta. Kościół otrzymał dotacje, a Tadeusz Molga mógł pracować tam przez kilka lat jako członek zespołu konserwatorskiego. – Popołudniami malowałem obrazy w domu. Z biegiem czasu stawałem się coraz bardziej aktywny jako malarz niż jako konserwator – opowiada. Malował wtedy martwe natury, kopie, ale w niedużym formacie. – Tata próbował mnie dopingować. Śmiał się, że maluję „znaczki pocztowe” i powinienem wziąć się za duże obrazy – wspomina.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najczęściej czytane artykuły



Najwyżej oceniane artykuły



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -