24 marca
niedziela
Marka, Gabriela, Katarzyny
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Piekło go nie zmogło

Ocena: 0
1961

Poprzysiągł sobie, że jeżeli uda mu się ocaleć z Dachau, zrobi wszystko, by poprawić świat. Ocalał. Poprawiał świat w Indiach.

Mija właśnie dziesięć lat od śmierci legendarnego misjonarza o. Mariana Żelazka, werbisty, kapłana niezłomnego, kandydata do pokojowej Nagrody Nobla. „Jako chłopiec nigdy nie myślałem, że Boży wiew poniesie mnie kiedyś do Indii, że ja, który nigdy przed tym nie widziałem naszego polskiego Bałtyku, spędzę lata nad Zatoką Bengalską, że będę kiedyś budował świątynię w Puri, w samym sercu hinduizmu, na cześć Tej, »co Jasnej broni Góry i w Ostrej świeci Bramie«… i że na końcu mojego życia stanę się bonobasi – pustelnikiem” – pisał w 1993 r. z Puri do przyjaciela z lat obozowej katorgi, ks. Leona Stępniaka.

 

Droga przez mękę

Urodzony w 1918 r. w miejscowości Palędzie k. Poznania Marian Żelazek rozpoczął nowicjat we wrześniu 1937 r. w seminarium duchownym księży werbistów w Chludowie, gdzie dwa lata później złożył pierwsze śluby zakonne. Gestapo aresztowało 22 maja 1940 r. wszystkich werbistów, wykładowców i księży. Przez Fort VII w Poznaniu wywieziono ich do Dachau.

„Za drutami obozu rozpoczął się nasz powtórny nowicjat. Trwał on pięć długich lat. Nie były to jednak stracone lata. Tam dojrzewałem, tam zrozumiałem głębiej człowieka i życie” – wspominał po wojnie o. Żelazek.

W książeczce-rękopisie „Wspomnienia współwięźniów”, spisanej potajemnie w KL Dachau, gdy był porządkowym w budynku administracyjnym na plantacjach, wyznawał: „Jako kleryk w koncentracyjnym obozie w Dachau-Gusen-Dachau, w ciągu długich pięciu lat chciałem zawsze, choćby na czworakach, wyjść z tego grobu obozowego i zostać misjonarzem. Ile razy jeden z moich kolegów seminaryjnych umarł w obozie, biorąc ze sobą do obozowego krematorium niewypełnione pragnienie zostania kapłanem-misjonarzem, stawałem się jakby spadkobiercą i jego powołania”.

 

Wśród koczowników

Po wyzwoleniu Marian Żelazek udał się do Rzymu i tam 18 września 1948 r. przyjął święcenia kapłańskie. Działalność misyjną rozpoczął 21 marca 1950 r. w Indiach, w nowej werbistowskiej stacji misyjnej w Sambalpur w północnej części indyjskiego stanu Orissa.

Przez pierwsze 25 lat pracował wśród Adibasów, żyjących w dżungli koczowników. Misjonarze poruszali się tam wyłącznie na rowerach. „Jako chłopak nie wyobrażałem sobie inaczej misjonarza, jak tylko na koniu. Misja Sambalpur zniszczyła ten obraz. Żaden koń nie mógł dokonać tego, co rower w terenowych warunkach misji” – wspominał o. Żelazek.

Był inspektorem szkół budowanych w dżungli. Do 1962 r. powstało 171 misyjnych szkół podstawowych. „Kochałem te nasze małe szkoły w dżungli. Stały się również fundamentem dla kariery wielu Adibasów, którzy później stali się fachowymi pracownikami, lekarzami, nauczycielami czy kapłanami, a nawet biskupami: ks. bp Alfons Bilung i ks. bp Łukasz Kerketta”.

Ojciec Marian Żelazek był niezmordowany w misyjnej działalności. Założył niższe seminarium dla diecezji Sambalpur. Był dyrektorem gimnazjum misyjnego, sekretarzem wszystkich szkół misyjnych w okręgu misji Sambalpur oraz proboszczem małej parafii Bondamunda.

W 1975 r. objął placówkę w Puri, w jednym z największych miast hinduskich, gdzie pracował do końca życia. Tam zajmował się pracą wśród trędowatych, ludzi odrzuconych, pozostawionych samym sobie. Tam w 1980 r. otworzył dla nich leprozorium, a w 1984 r. – szkołę dla dzieci z rodzin trędowatych. W 1988 r. założył ośrodek-schronisko dla trędowatych, wybudował kościół i szkołę. „Opieka nad chorymi na trąd, ich dziećmi i rodzinami, zabezpieczenie ich bytu – oto polski misjonarz” – pisał.

Bardzo cennym świadectwem są listy pisane przez o. Żelazka do ks. Stępniaka, współwięźnia z niemieckich obozów koncentracyjnych. Pisał w nich o sobie, o ludziach, dla których wyjechał do Indii, o swojej pracy misjonarza. To piękne listy, w których zawarł samego siebie.

 

Ojciec trędowatych

Z sentymentem o. Żelazek wspominał Wigilie Bożego Narodzenia w Polsce: „Moja ostatnia gwiazdka w Polsce była w roku 1939. Potem przyszły różne gwiazdki na różnych miejscach i w różnych krajach, ale zawsze były wypełnione smętkiem za gwiazdką w Polsce (…). W naszej kolonii trędowatych nie mieliśmy wieczerzy wigilijnej, ale była wielka uczta gwiazdkowa dnia 25 grudnia. Wszyscy tak zwani »napiętnowani« trędowaci z ich rodzinami wzięli w niej udział: razem 848 osób. Był to niezapomniany widok. W tym dniu żaden trędowaty nie był głodny, nie żebrał na ulicy. Byli zadowoleni i szczęśliwi. Boro Dino – Wielki Dzień, tak tutaj nazywają gwiazdkę. Nasza salka operacyjna, mimo swoich braków, jest ostatnią deską ratunku dla pewnego rodzaju trędowatych, przed którymi zamykają się drzwi ogólnego szpitala. Są oni przedstawicielami zaniedbanego trądu. Od czasu do czasu przychodzą tacy do nas, z ostatnimi strzępami człowieczeństwa, aby umrzeć w miłosiernych rękach Chrystusa” (z listu z grudnia 1995 r. do ks. Stępniaka).

Za zebrane przez współwięźniów z KL Dachau pieniądze o. Żelazka kupił dla swoich chorych podopiecznych nowy ambulans: „Dnia 15 lipca 1996 r. »biały anioł« zakupiony z waszych ofiar został nam oddany do użytku”.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najczęściej czytane artykuły



Najwyżej oceniane artykuły



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -