21 października
środa
Urszuli, Hilarego, Jakuba
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Od żałoby do radości

Ocena: 4.7
410

Piętnaście lat temu Polska też była smutna. Trochę inaczej niż dzisiaj, gdy ulice Warszawy z powodu epidemii świecą pustkami. Wówczas też świeciły, ale milionami lampek ustawionych w alei Jana Pawła II, na placu Piłsudskiego i we wszystkich innych miejscach, gdzie wspominaliśmy papieża- Polaka.

Fot. xhz

2 kwietnia 2005 r. ludzi na ulicach było pełno, śpieszyli od otwartych świątyń, do których zapraszało ich nietypowe o tej porze nocy bicie dzwonów. To był odruch serca. Przed kościołami na Trakcie Królewskim w Warszawie stały tłumy wiernych, czekających w kolejce do wejścia. Kiedy przejeżdżałem tamtędy z jednej audycji do drugiej, nieodparcie skojarzył mi się ów widok z tym, co obserwowałem zaledwie tydzień wcześniej – w Wielką Sobotę, gdy warszawiacy tradycyjnie już stali w kolejkach do Grobów Pańskich. Dlatego to doświadczenie choroby i śmierci Jana Pawła II nazwałem w ówczesnym Radiu Plus Papieskim Wielkim Tygodniem. I tak się to chyba przyjęło.

    Po Janie Pawle II płakaliśmy prawie wszyscy: wierzący i niewierzący. Do jednego z warszawskich proboszczów zadzwoniła nawet Monika Olejnik z pytaniem, dlaczego w godzinie śmierci papieża nie włączył dzwonów. Skąd miała wiedzieć, że w parafii, w której mieszkała, przy budującym się kościele dzwonów jeszcze nie było? Nawet ci, którzy wcześniej dystansowali się od prawd wiary i zasad moralnych głoszonych przez Jana Pawła II, w te dni potwierdzali, że świat i Polska z odejściem papieża do domu Ojca wiele straciły. On nas przeprowadził – jak Mojżesz Żydów – przez morze czerwone XX wieku, przejmując pałeczkę po Prymasie Tysiąclecia. Choć był biskupem Rzymu, to faktycznie ciągle jego głos był decydujący zarówno w episkopacie Polski, jak i w polskiej opinii publicznej.

    Nagle nam go zabrakło. Nagle, chociaż symptomy jego słabnięcia i choroby widoczne były od kilku już lat. Nawet kiedy już nie mógł przemawiać z okna watykańskiej biblioteki, ważne było to, że był. Aż nadszedł ten wieczór, kiedy – podobnie jak oznajmiano jego wybór w roku 1978 – oznajmiono wówczas oficjalnie jego przejście „do domu Ojca”. Płakaliśmy wówczas my i płakał z nami świat. Nie tylko chrześcijański świat. Tylko młodzież rzymska z jakimś dziwnym instynktem od razu zaczęła wołać na placu św. Piotra: Santo subito! – „Święty natychmiast!”. Pamiętam jedną z rozmów  z młodzieżą zgromadzoną przy ośrodku salezjańskim w Rzymie w przeddzień papieskiego pogrzebu. Młodzież ta nie mogła zrozumieć, gdy księża mówili, że za kilkanaście dni rozpocznie się konklawe, które wybierze nowego papieża. „A po co nam nowy papież, przecież papież jest: Jan Paweł II” – odpowiadali ci, których całe życie upływało w blasku 27-letniego pontyfikatu tego papieża, i nie wyobrażali sobie innego. A może była w nich tak wielka wiara w świętych obcowanie, której nawet nam zabrakło?

    Prawie całą noc, aż do zamknięcia trumny z ciałem św. Jana Pawła II, udało mi się spędzić przy nim. Wmieszany dziwnym trafem w niewielką grupę jego najbliższych współpracowników, mogłem pozostać aż do chwili, kiedy ówczesny abp Stanisław Dziwisz przykrywał jego twarz muślinową chustą. Potem był wiatr przewracający podczas pogrzebu na placu św. Piotra kary ewangeliarza. W końcu podmuch zamknął księgę, jak Bóg zamknął księgę życia papieża z Wadowic. I znów szloch, kiedy dwunastu watykańskich szambelanów wzięło trumnę na ramiona i obróciło się z nią plecami do zgromadzonych na placu ludzi, aby ją umieścić w grobowcu w podziemiach Bazyliki św. Piotra. Wtedy nikt nie wstydził się łez. Płakali księża, biskupi, kobiety i mężczyźni. Nawet włoscy carbinieri bez skrępowania ocierali chusteczkami łzy. Mam to wszystko na zdjęciach. I ciągle te obrazy budzą we mnie wzruszenie.

    Ale dzisiaj nie płaczemy już po odejściu św. Jana Pawła II. Zamiast Jego Świątobliwości mamy świętego – być może niedługo będzie ogłoszony doktorem kościoła, patronem Europy. Nie tylko w dobie szalejącej zarazy bardzo nam takiego patrona potrzeba. Ale także w epoce powszechnego zamętu i zepsucia, wobec relatywizmu zakradającego się nawet do Kościoła i nawet w Polsce. Za dwa miesiące będziemy przeżywać beatyfikację jego bliskiego przyjaciela i ojca – Prymasa Tysiąclecia. Oni we dwóch potrafili sobie radzić z niejedna zarazą, zaczynając od moralnej odnowy narodu.

    Posłuchajmy ich dzisiaj, a może Bóg da, że kiedy zechcemy, aby On nas swoją mocą moralnie odnowił, to i zaraza ustąpi? I radość nie tylko w niebie tym większa będzie w dniu beatyfikacji Prymasa. Bo Bóg potrafi płacz przemienić w radość, a z krzyża wyprowadzić zmartwychwstanie. Aby się tak stało, prośmy ufnie za przyczyną tych dwóch wielkich Polaków. I nawracajmy się, dopóki Bóg obchodzi się z nami nadzwyczaj miłosiernie.

GALERIA

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Redaktor naczelny tygodnika "Idziemy"
henryk.zielinski@idziemy.com.pl

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 21 października

Środa, XXIX Tydzień zwykły
+ Dzień Powszedni
«Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie».
+ Czytania liturgiczne (rok A, II): Ef 3,2-12; Ps (Iz 12,2.3 i 4bcd-6); Łk 12,39-48
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)



E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najczęściej czytane komentarze



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter