4 lutego
sobota
Andrzeja, Weroniki, Joanny
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Misje z aniołem

Ocena: 4.8
2911

Nie usiedziała w miejscu: znajomi chcieli ją zatrzymać przy sobie, a ona ciągle w biegu. Stąpała po ziemi, ale spoglądała w górę. To chyba dlatego zaangażowała się w misje.

Gdy śpiewała, drżały ściany. Fot. arch. Wolontariatu Misyjnego Salvator

Helena Kmieć na misjach w Boliwii przez pół roku miała pomagać siostrom służebniczkom w opiece nad dziećmi. Zdążyła namalować kwiaty i słońce na ścianach nowego budynku – „żeby dzieciom było słonecznie i radośnie” – jak mówiła. Nie zdążyła dać im radości spotkania.

 

Serduszko w SMS-ie

Miała dwa lata, a jej siostra cztery, gdy osierociła je mama. Dwa lata później ich tata ponownie się ożenił. W domu panowała atmosfera głębokiej wiary i rozmodlenia.

– Helenka była iskierką – wspomina bp Jan Zając. – Od drzwi rzucała się na szyję i zasypywała pytaniami. Mówiła do mnie „wujciu”, jestem stryjem jej przyszywanej mamy.

Była niezwykle uzdolniona – po podstawówce pojechała uczyć się w Wielkiej Brytanii. Tam zdała maturę w prestiżowym liceum katolickim. Inżynierię chemiczną w języku angielskim studiowała na Politechnice Śląskiej. Od razu zaangażowała się w duszpasterstwo akademickie.

– Na początku wydała mi się troszkę cicha, bardzo delikatna, dziewczęca – mówi jej przyjaciółka Magdalena Kaczor. – Potem okazało się, że ta cichość wynika z pokory. W gruncie rzeczy była odważna, dynamiczna, niezmordowana, kiedy trzeba było służyć Bogu i ludziom.

Nawet gdy Helena nie miała czasu, zaznaczała, że pamięta: słała choćby serduszko w SMS-ie. Gdziekolwiek się pojawiała, siała pokój i radość. – Lubiła się wygłupiać. Nieraz robiłyśmy zabawne przedstawienia, układy taneczne, piosenki z własnym tekstem, żarty, bawiłyśmy się przy tym jak dzieci – opowiada przyjaciółka.

Mówiła cicho, ale gdy śpiewała – drżały ściany. – Zdumiewające, że taka kruszynka potrafiła wydobyć z siebie potężny głos! – ciągnie Magdalena. – Doskonaliła go zresztą w szkole muzycznej, studiując śpiew operowy. Grała na gitarze, fortepianie, śpiewała w chórze akademickim. Na spotkaniach wolontariatu siadywaliśmy wieczorem w kaplicy i śpiewaliśmy godzinami. Ludzie się zmieniali, a ona cały czas grała i śpiewała. Prawie do rana.

 

Be, be, kopytka niosą mnie

Po studiach podjęła krótkotrwałą pracę, aż nagle zdecydowała, że zostanie stewardessą. – Kochała podróżować – wspomina Magdalena Kaczor. – Wstawała o trzeciej w nocy, wracała po dwóch lotach. „Hej! To wy jeszcze w piżamach? Ja już byłam na Ukrainie!” Normalny człowiek odsypia nieprzespaną noc. Ona uciekała w góry, biegała na próby śpiewu, spotkania wolontariatu, tworzyła rękodzieło, grała w planszówki z przyjaciółmi. A przede wszystkim pomagała tym, którzy potrzebowali wsparcia. „Helena, czy ty w ogóle śpisz?” – pytaliśmy. „No jasne! Dzisiaj prawie trzy godziny!”

Jeszcze na studiach została wolontariuszką w Wolontariacie Misyjnym Salvator. Była na misjach na Ukrainie, na Węgrzech i w Zambii. – Lubiła robić rzeczy codzienne tak, jakby były wyjątkowe. Na Węgrzech szykowała zmyślne kolacje, układała serwetki w kształt egzotycznych kwiatów, z sera i wędliny robiła dzieciom łódki. A po Eucharystii śpiewała „Ave Maria”. Szybko łapała węgierski, dzieci do niej lgnęły – wspomina Magdalena Kaczor, z którą właśnie tam się poznały i zaprzyjaźniły w 2012 r.

– Przy niej problem przestawał być problemem – mówi ks. Marek Gadomski, duszpasterz Wolontariatu Misyjnego Salvator. – Nawet zmęczona pytała, w czym pomóc. W czasie sesji jeszcze wyręczała innych – bo pewnie zmęczeni nauką. Poznałem ją na pierwszej pielgrzymce, którą organizowałem jako neoprezbiter. Musiała dostrzec moje zdenerwowanie, bo powiedziała: „Ociec, damy radę!”. Te jej słowa jakoś utknęły mi w pamięci i towarzyszyły podczas organizowania kolejnych pielgrzymek. Podobnie jak przyśpiewki, którymi zwykła rozweselać zmęczoną grupę: „Be, be, bee, kopytka niosą mnie”. Sama nigdy nie okazywała zmęczenia. Kiedy rozdawano dzieciom cukierki i zabrakło dla jednego chłopca, wyciągnęła z kieszeni swój cukierek, dała mu, chwyciła gitarę i pobiegła dalej. Chyba jako jedyna zauważyła tę sytuację. Pracowała po cichu, niepostrzeżenie.

 

Na drugi brzeg

Bywało, że raptownie zmieniała decyzje. Raz szykowała się na krótszy wolontariat w obrębie Europy, ale zaraz po wysłuchaniu opowieści o domu dla osieroconych chłopców w Lusace stwierdziła: „Pojadę do Zambii”. Spakowała się i pojechała. Wróciła osłabiona. Ujawniła się wrodzona wada serca, trzeba było reperować zdrowie. Nie załamała się, parła do przodu, by dalej służyć innym. Głęboko przeżywała życie.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 4 lutego

Sobota, IV tydzień zwykły
Moje owce słuchają mego głosu,
Ja znam je, a one idą za Mną.

+ Czytania liturgiczne (rok A, I): Mk 6, 30-34
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz
Blisko nas
chcesz dodać swoją informację - napisz

- Reklama -


Najczęściej czytane artykuły



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.

POLACY POMAGAJĄ UKRAINIE

Polecane przez "Idziemy" inicjatywy pomocy
(chcesz dodać swoją inicjatywę - napisz)



Newsletter