15 sierpnia
środa
Napoleona, Stelii
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Maryja w podróży

Ocena: 4.8
1558

„Gdyby tak Matka Boża poszła do ludzi, to by komunę obaliła” – powiedziała Maria Okońska. „To zróbmy kopię obrazu i niech idzie” – rzucił luźno przeor Jasnej Góry.

fot. ks. Henryk Zieliński/Idziemy; arch. NAC/Rutowska Grażyna

Rozmowa toczyła się wśród spontanicznej reakcji tłumów zebranych na uroczystości odnowienia Ślubów Jasnogórskich w 1956 r. „Matko Boża, przyjdź do nas!” – krzyczeli wierni, którzy nie chcieli rozstawać się z wystawionym wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej. Kiedy Maria Okońska, współpracownica uwięzionego wtedy prymasa Stefana Wyszyńskiego, usłyszała wypowiedzianą półżartem deklarację przeora o. Jerzego Tomzińskiego, błysnęło jej oko.

 

Taksówką i salonką

Wsiadła w pociąg i już była w Komańczy. Prymasowi, gdy usłyszał o pomyśle, też oko błysnęło – w końcu chodziło o jego ukochaną Matkę. Bardzo chciał, by podczas przygotowań narodu do Tysiąclecia Chrztu Polski każdy nawiedził Matkę Bożą na Jasnej Górze, jednak zdawał sobie sprawę, że jest to niemożliwe. Tak więc przyklasnął pomysłowi, by to Matka odwiedziła swoje dzieci.

Kilka miesięcy później prymas został uwolniony. Wykonanie kopii obrazu zlecono Leonardowi Torwirtowi. Artysta nie czuł się godny, w końcu uległ. Zgodę skwitował słowami: „Jestem coś dłużny za najazd szwedzki” – bo po ojcu był Szwedem. Malarz objechał wszystkie kurie i wyjednał przychylność biskupów na ogólnopolską peregrynację. Kiedy kopia była gotowa, prymas pojechał z nią po błogosławieństwo do Piusa XII. „Matkę Bożą za darmo przewiozę” – powiedział taksówkarz na dworcu w Warszawie. „Specjalny wagon-lit damy. Nowy” – zadeklarował kierownik kolei państwowych. I tak do Rzymu Matka Boża pojechała w salonce zaimprowizowanej na kapliczkę.

Po powrocie – 26 sierpnia 1957 r. – w prezbiterium bazyliki Jasnogórskiej Matka Boża z oryginału „ucałowała” Matkę Bożą z kopii. Polegało to na dotknięciu kopii do oryginału. Kopię w procesji po Wałach Jasnogórskich nieśli kolejno przedstawiciele wszystkich diecezji, potem ruszyła w kraj. Scenariusz od 61 lat jest ten sam: zanim kopia obrazu trafi na dobę do parafii, trwają w niej misje, rekolekcje i nabożeństwa przygotowujące do przyjęcia gościa. Bo to nie obraz przybywa, ale sama Matka Boża.

 

Za tirami, na kogucie

O. Stanisław Jarosz, jeden z kustoszy obrazu, wspomina, że gdy w 1967 r. Matka Boża miała gościć na jego Podhalu. – Ludzie z potoku wyławiali tafle lodu i formowali je w kapliczki. – Gotowi byli płacić kary, byle podciągnąć do nich prąd i pięknie oświetlić. Wygłaszałem wtedy powitanie. Tej peregrynacji zresztą zawdzięczam moje powołanie – mówi.

To był czas tzw. małych peregrynacji, kiedy mniejsze kopie obrazu nawiedzały domostwa. Schodzili się sąsiedzi, dalsza rodzina. – My, dzieci, przy tej okazji robiliśmy różne hece – wspomina o. Stanisław. – Kiedy obraz był w naszym domu, z pieca pilnowałem, by chłopaki nie wsypały ziemniaków do ognia albo nie przybiły gwoździem gumiaków do podłogi, co sam wyczyniałem w innych domach. Nagle, kiedy ojciec zaczął czytać akt oddania Matce Bożej każdego z nas, sześciorga dzieci, z imienia, coś we mnie drgnęło.

Przyjęcie Matki Bożej w parafii zawsze jest niezwykle uroczyste – bo i dla ludzi to wielkie święto: ubierają się elegancko i przychodzą do kościoła całymi rodzinami. – We wsiach i miasteczkach stoją czasem na trasie przejazdu, często pięknie udekorowanej – wtedy nie trzeba GPS-u, prowadzą dekoracje i… klęczący ludzie – mówi o. Jarosz.

W jednym miasteczku – opowiada – kierowca autobusu stanął, uklęknął w kabinie i się przeżegnał. Kiedyś procesję zatrzymał staruszek, repatriant z ZSRR, który runął przed obrazem na kolana. – Zdarza się, że procesji towarzyszy policja, straż pożarna – jak koguty włączą, mało liście z drzew nie pospadają, banderia konna, kawalkada samochodów, nawet traktorów, czasem orkiestra. Kiedyś prowadziło nas 60 TIR-ów! – mówi. – Dla fasonu na wioskach i w miasteczkach włączam syrenę, a ludzie wylegają z domów. Samochód też jest specjalny – na przedzie chorągiewki: polska i papieska, korony maryjne na dachu, kaplica z tyłu.

Kiedyś Matka Boża podróżowała pociągami, ciężarówkami, furmankami, saniami – tym, czym ludzie w biednej Polsce. – Pierwszym samochodem, którego Matka Boża się „dorobiła”, była warszawa – mówi kustosz. – Dopiero w latach 70. zaczęła wozić Ją specjalnie przerobiona furgonetka z minikaplicą.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.


- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI