20 października
piątek
Ireny, Kleopatry, Jana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Zwycięstwo hałaśników

Ocena: 0
420

Polska – Czarnogóra: 4:2. A ja nie potrafię się cieszyć. Moje niezadowolenie nie ma jednak nic a nic do piłki nożnej. Ma za to do hałaśliwych kibiców.

Lubię spontanicznie wyrażaną radość, ale do pewnego poziomu decybeli. Kibice z wuwuzelami w jednej i piwem w drugiej ręce zamiast przypływu radości powodują u mnie wzrost agresji. W dzień meczu, dodam, że była to niedziela – dzień rodzinnych spacerów, na Krakowskim Przedmieściu mijaliśmy z dziećmi nie tylko fantazyjnie przybrane w biało-czerwone wianki kibicki i w takież same czapy kibiców. Mijały nas także rozentuzjazmowane byczki porykujące na wuwuzelach przechodniom w ucho.

Gdy jeden taki zaczął trąbić, stojąc w drzwiach sklepu, w którym staliśmy, poprosiłam, żeby przestał. Nie przestał, bo prośby nie usłyszał. Nie zareagował sprzedawca, a stojący przede mną młodzian powiedział tylko: „On nie jest ze mną”, po czym zapłacił za 5 flaszek, wyszedł i dołączył do trębacza. Oczami wyobraźni widziałam, jak wyrywam mu tę pierdziawkę i roztrzaskuję o płytę chodnikową. Ta wizualizacja przyniosła mi ulgę, ale tylko na chwilę. Zaraz bowiem uświadomiłam sobie, że w takiej sytuacji to ja mogłabym odpowiadać za zniszczenie cudzego mienia, a hałaśliwy jegomość dalej mógłby mi trąbić w nos, bo szkody, jakie z tytułu jego trąbienia ponoszę, nie są w danej chwili wymierne.

Osobami, którym przeszkadzają hałasy, nikt się nie przejmuje. I nie mówię tylko o tych, którzy hałas produkują, bo to akurat zrozumiałe. Nie przejmują się ci, którzy do pilnowania porządku są powołani. Uchodzę za rodzinnego i towarzyskiego świra, który gdziekolwiek się pojawi, prosi o przyciszenie: muzyki w restauracji, która zamiast delikatnie się sączyć, uniemożliwia rozmowę; na plaży, gdzie z okolicznej knajpy albo z parawanu obok rąbie muza, przez którą nie przebije się nawet szum  fal; czy w domu, kiedy sen mojego dziecka zaburzają dzikie ryki z mieszkania obok.

Na hałasujących sąsiadów rady nie ma policja: przyjdzie, spisze, a jak hałasują dalej, to „nic się nie da”. Skuteczny jest tylko jeden manewr, ale działa tylko w przypadku osób wynajmujących nielegalnie. Pogróżki o wezwaniu policji wygłoszone wobec właściciela mieszkania spływają po nim jak woda po kaczce, opamiętuje się dopiero, gdy postraszy się donosem do US, że nielegalnie wynajmuje lokal. Smutne.

Mieszkam w centrum miasta, gdzie o ciszy nie ma mowy, i godzę się z tym. Ale oczekiwałabym, że intensywność hałasów będzie słabnąć wraz z godziną 22. Jakież było moje zdziwienie, gdy o 1 w nocy nagle zaczęły ryczeć dmuchawy, którymi służby oczyszczania miasta odgarniały liście z chodników, a na moją interwencję obsługujący upiorną maszynę odparł, że on ma pozwolenie od prezydent Hanny Gronkiewicz-Walz i mogę wzywać wszystkich świętych, a jemu nikt nic nie zrobi.

Chciałoby się powiedzieć, że w takiej sytuacji nawet nerwów się odechciewa. Ale w momencie, gdy dla amatorów ciszy znikąd nie ma ratunku, taka świadomość to dopiero podnosi ciśnienie. Zwłaszcza w uszach.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

- Reklama -


Najczęściej czytane artykuły

- Reklama -

SALON DZIENNIKARSKI

- Reklama -


Najczęściej czytane komentarze



Najwyżej oceniane artykuły

- Reklama -