23 października
poniedziałek
Marleny, Seweryna, Igi
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Z węgierskiej perspektywy

Ocena: 0
94

Na mniej niż dziesięć miesięcy przed węgierskimi wyborami sondaże dają koalicji Fidesz-KDNP ponad 50 proc. poparcia (czasem nawet 54 proc.). Socjaliści, czyli postkomuniści, zdobywają około 15 proc., a mocno prawicowy Jobbik – 18-20 proc. Taki wynik oznacza, że partia Viktora Orbana znów może zdobyć ponad dwie trzecie miejsc w parlamencie.

Jak to się robi? Rzecznik węgierskiego rządu Zoltan Kovacs odpowiada: „Najważniejsze, naprawdę najważniejsze, jest przekonanie, że to, co robisz, jest słuszne, że idziesz dobrą drogą. Jeśli masz to przekonanie w sobie, wygrasz. Jeśli pod wpływem presji sam zwątpisz – przegrasz”. Zdaniem Kovacsa to najważniejsza lekcja z ostatnich siedmiu lat rządów Fideszu. Równie ważne jest „jasne i precyzyjne wyznaczanie celów, a także nazywanie ich”. Bo wyborcy muszą wiedzieć, o co walczą politycy, co chcą osiągnąć i co chcą w kraju zmienić.

Punkt drugi to jedność polityczna obozu rządzącego, który działając pod silnym ostrzałem, „tylko wspólnie może wygrywać, osiągać swoje cele”.

Wreszcie, doradza węgierski polityk, trzeba być szczerym w rozmowie z obywatelami. Całkowicie szczerym: „Jeśli nie umiesz nazwać problemu, nie poradzisz sobie z nim”. Nie można również ulegać pokusie stosowania języka politycznej poprawności, choć często wydaje się, że to łatwiejsza droga, zmniejszająca presję. „W rzeczywistości paraliżuje to zdolność działania. Jeśli używasz fałszywego języka, to niczego nie możesz nazwać zgodnie z prawdą i nie możesz mówić, jak jest w rzeczywistości. A skoro tak, to nie możesz też tego naprawić”. Trzeba więc być szczerym, a czasem – dodaje Kovacs – szorstkim, ostrym, nawet agresywnym.

Wszystkie te rady brzmią szczególnie aktualnie w kontekście ostatnich dni, a więc weta prezydenta do ustaw sądowych i jego konsekwencji. Gdyby przymierzyć miarę tych zaleceń, błędy popełnili wszyscy. Bo ktoś się cofnął, ktoś uległ, ktoś zaakceptował język liberalny, ale też ktoś nie wytłumaczył Polakom dostatecznie jasno, co jest celem zmian. A teraz grozi nam załamanie się jedności obozu rządowego, bo – jak wynika z ostatnich wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy – to jednak jest dość poważna korekta kursu i powrotu do tego, co było, już nie będzie.

Prawa polityki są bezwzględne: im bardziej radykalny jest projekt polityczny, tym bardziej profesjonalnie musi być realizowany. Na każdym poziomie.

Wracając do Węgier. O sukcesie Orbana świadczą szczególnie jasno sondaże pokazujące preferencje mieszkańców Budapesztu: Fidesz – 36 proc., MSZP (socjaliści) – 17 proc., Jobbik – 12 proc. A przecież to miasto jeszcze bardziej liberalne niż Warszawa. Co ważne, także bardziej dominujące nad resztą kraju – w stolicy mieszka prawie 2 mln ludzi, a kolejne miasto, Debreczyn, ma ledwie 200 tys. Bez dominacji w stolicy szanse na władzę w kraju są minimalne.

Ważna różnica dotyczy zasadniczej bazy społecznej obozu zmian. Na Węgrzech partię rządzącą popiera zamożniejsza część społeczeństwa, przede wszystkim klasa średnia. Orban reformował państwo w kierunku antysocjalnym, zabiegając o aktywizację zawodową ludzi i ograniczenie pomocy społecznej (wyjąwszy pomoc dla rodzin wychowujących dzieci). Wyborców biedniejszych zagospodarowywali socjaliści. U nas, także z racji innego rozłożenia akcentów kulturowych (katolicyzm ograniczający zasięg wpływów lewicy), prawicę popiera biedniejsza część narodu, a klasa średnia broni tego, co było, a ponadto jest bardziej kosmopolitycznie nastawiona. Sytuacja węgierska nie jest więc wprost symetryczna z polską, ale z pewnością dużo można się nauczyć.

Węgry uczą nas na wielu polach. Często słyszymy: a któż to wyszedł gorzej od nas na II wojnie? No właśnie bratankowie. Poszli z Hitlerem, a cenę zapłacili ogromną: unicestwienie całych armii na Wschodzie, współudział w Holocauście, zniszczenie Budapesztu (300 tys. zabitych podczas oblężenia miasta!), traktowanie Węgier przez rosyjskich żołnierzy jako kraju wrogiego, wyjątkowo brutalny stalinizm. Później krwawy październik i demoralizujący „gulaszowy komunizm”. A wszystko to w małych, trianońskich granicach, co sprawia, że problem ziem utraconych wciąż dominuje węgierskie myślenie. Czemu trudno się dziwić, bo to w końcu wielki naród o wielkich tradycjach, któremu wyrządzono potężną krzywdę.


Idziemy nr 33 (619), 13 sierpnia 2017 r.
 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”

- Reklama -


Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły

- Reklama -