25 stycznia
poniedziałek
Pawła, Miłosza, Elwiry
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

"Zniechęta" do kościoła

Ocena: 4.44866
11735

Każdy wyjątkowy okres, tym bardziej kiedy obfituje w złe wydarzenia, można przeżywać, radzić sobie w nim, na dwa sposoby.

Pierwszy, wymagający mniej wysiłku sposób, to ulec lękowi i uciekać się do coraz dalej posuniętych restrykcji wobec obywateli, by ochronić ich w ten sposób zarówno przed rzeczywistymi, jak i wyimaginowanymi niebezpieczeństwami. Albo biernie poddawać się eskalacji tych restrykcji wobec nas. Sposób ten wymaga z jednej strony ucinania wszelkich dyskusji nad sensownością kolejnych restrykcji, a z drugiej – poszukiwania dla tych restrykcji ciągłych uzasadnień łącznie z narracją, że jeśli ktoś poddaje pod wątpliwość tę czy inną restrykcję – łamie V przykazanie Dekalogu i jest wysługującym się opozycji wrogiem władzy, która te restrykcje nakłada.

Drugi sposób, to nie zlekceważyć problemu, ale przyjrzeć się mu „na zimno”, rozważyć wszystkie niebezpieczeństwa, ustalić konieczne środki przeciwdziałania i je bezwzględnie stosować. A następnie SPRÓBOWAĆ TAM, GDZIE TO TYLKO MOŻLIWE, NORMANIE FUNKCJONOWAĆ I ŻYĆ! Sposób ten wymaga jednak racjonalnego zastanowienia się nad sytuacją, wymiany argumentów, a przede wszystkim pragnienia by w „nienormalnej sytuacji” dążyć do maksimum normalności nie tylko dla siebie, ale także dla innych!

Jak w tym kontekście oceniać sposób podejścia naszych władz do epidemii wirusa Convid-19? Odpowiedź wcale nie jest prosta i jednoznaczna. Faktem pozostaje jednak, że mamy za sobą najsmutniejsze z radosnych świąt Wielkiej Nocy, jakie pamiętam, i dla wielu osób - głównie starszych - święta najsamotniejsze: bez rodziny, kościoła, sakramentów, czy choćby spaceru na świeżym powietrzu.

Docenić trzeba wiele starań naszych władz o zmniejszenie skali epidemii i „wypłaszczenie” wykresu zachorowalności na Covid-19. I żeby było jasne – nikogo nie namawiam do nieposłuszeństwa wobec zarządzeń rządu czy Kościoła. Sam posłusznie poddaję się im. Czym innym jest jednak posłuszeństwo, a czym innym prawo do oceny niektórych przynajmniej decyzji i działań rządzących. I rodzące się pytanie: co dalej? Skoro stan epidemii pozwala na wprowadzanie wciąż nowych restrykcji – czy i gdzie będzie ich granica?

Nie przekonuje mnie argumentacja o odbieraniu ludziom wolności po to, by ich chronić, jeśli sami nie zadecydują, że tak chcą. Teoretycznie można by ludziom dla ich dobra zabronić wszystkiego, np. zabronić im w ogóle i na stałe wychodzenia z domu. Jakież by to były korzyści? Zero wypadków drogowych, zero przestępstw (chociaż przykład Francji wskazuje, że kwarantanna domowa podniosła o 32 proc. liczbę przypadków przemocy domowej, a jeśli wierzyć ratownikom, w Polsce 70 proc. wszystkich wezwań pogotowia ratunkowego związanych jest z nadużywaniem podczas kwarantanny domowej alkoholu), zero spalin, różnych wydatków, minimum zarażeń, zakażeń i innych nieszczęśliwych wypadków. Ileż można by zaoszczędzić na emerytury i służbę zdrowia rezygnując z budowania niepotrzebnych w tej sytuacji nikomu dróg, szkół itp.?

Na szczęście nikt rozsądny na takie pomysły nie wpada. A to dlatego, że jesteśmy gotowi zapłacić cenę nawet niepełnego zabezpieczenia siebie przed tym, co złe przynosi świat, byleby nie stracić wolności decydowania o sobie i prowadzenia możliwie normalnego życia. A chodzenie do kościoła w niedzielę, uczestnictwo w Wigilii Paschalnej czy wyjście na spacer do parku dla wielu osób jest właśnie przejawem normalnego życia, które chce się nam – wobec epidemii koronawirusa – ukrócić.

Nie chcę się znęcać nad premierem Mateuszem Morawieckim ani jego rządem z ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim na czele. Doceniam cały ich wysiłek, ale dlaczego robią z kościołów i parków miejsca szczególnego niebezpieczeństwa zakażenia się koronawirusem? Nie wiadomo. Co prawda także księża chorują i umierają na koronawirusa, ale nie zakazili się nim podczas Mszy św., ale posługując w szpitalach, domach opieki i hospicjach.

Tak samo niechętnie oceniam w tej kwestii postawę Kościoła, ale niektóre pytania narzucają się same.

Jak to się dzieje, że do zwykłego autobusu może wejść 21 osób, a do kościoła niezależne od jego powierzchni nie więcej, niż 5 osób – także kiedy, jak w Świątyni Opatrzności Bożej, na jedną osobę przypada wtedy ponad 600 m2 przestrzeni wokół. I ani rząd nie chce tego zmienić, uelastycznić swojego stanowiska, ani o zmianę tego kuriozalnego ograniczenia nie występuje także hierarchia Kościoła w Polsce! A wystarczyłoby, gdyby przyjąć jakiś przelicznik, np. 25 m2 na osobę. I zaznaczyć taśmą na posadzce – jak w sklepach – miejsca, gdzie wierni powinni podczas Eucharystii stać, by zachować odległość. To wcale nie jest trudne. Każdy proboszcz wie, jaką powierzchnię ma jego świątynia i sobie przeliczy, ile osób bezpiecznie może uczestniczyć w liturgii w jego kościele. To tylko kwestia, jak się podchodzi do sprawy, kwestia dobrej woli i dania przez rządzących „zielonego światła” proboszczom.

Kolejne pytanie: jak to się dzieje, że wg naszych władz pójście do sklepu, w którym przebywa kilkanaście mijających się blisko ze sobą i wszystkiego dotykających osób jest bezpieczniejsze, niż stanie w kościele, w jednym miejscu, swobodnie zachowując dystans względem innych, niczego nie dotykając, jedynie uczestnicząc w modlitwie i przystępując do Komunii świętej na dłoń, którą chwilę przedtem odkazi się płynem z dozownika wystawionego przy miejscu udzielania Komunii św.? I także w tym przypadku nikt nie stara się, by to fałszywe myślenie o kościele jako miejscu niebezpiecznym zrewidować!

Następne pytanie: dlaczego sklepy, apteki, poczty, punkty usługowe itd. itp. mogą wprowadzać STOSOWNE obostrzenia pozwalające zmniejszyć choćby prawdopodobieństwo zakażenia się w nich koronawirusem, natomiast podobnie STOSOWNYCH obostrzeń nikt – ani władze świeckie, ani kościelne – dotąd w ogóle nie bierze pod uwagę jako argument umożliwiający wiernym choć trochę liczniejsze uczestnictwo w liturgii w świątyniach?

Zamiast próbować coś zmienić, przemówić rządzącym lub swoim biskupom do rozsądku, wielu duszpasterzy przyjęło inną postawę: zniechęcania na różne sposoby wiernych do chodzenia do kościoła. I znów można powiedzieć: kwestia podejścia.

Marzy mi się choć jeden kapłan, który pojedzie na stołeczne Aleje Ujazdowskie i stanie pod Urzędem Rady Ministrów z transparentem „Pozwólcie wiernym przychodzić do Mnie!”. Może też być bardziej osobiście: „Pozwólcie nam zapraszać do kościoła więcej wiernych”, albo „Nie lękajcie się! Mamy miejsce i środki, by było bezpiecznie! Damy radę” lub też: „Nasze świątynie nie są gorsze, niż sklepy!”.

Takiego kapłana – Bożego desperata nie znam. Znam natomiast co najmniej kilku, którzy biadolą wobec swoich parafian: „tęsknimy za Wami!”, i głęboko wierzę, że tak jest, ale w praktyce nie robią więcej, niż transmisje ze Mszy św. – tak, by wierni zamiast klęknąć w większej ilości przed Najświętszym Sakramentem, mogli klęknąć przed telewizorem. I znów napiszę: kwestia podejścia.

Ale jest jeszcze gorzej. Wielu przedstawicieli Kościoła od półtora miesiąca stara się udowodnić swoim wiernym, że czy pójdą do kościoła, czy obejrzą Mszę św. w telewizji – to naprawdę jest zupełnie wszystko jedno. A czy przyjmą w ten sposób Komunię sakramentalną, czy duchową – to też żadna różnica.

Zniechęcanie wiernych do choćby prób, by uczestniczyć w Eucharystii w kościele, przybiera różne formy. Straszy się chętnych i obraża, że „widocznie wiarę zastąpiła u nich sama religijność”. Tłumaczy się im, że „przez to, że chciało im się egoistycznie pójść do kościoła, ktoś inny musiał zostać w domu”. Obwinia się ich, że przychodząc do kościoła łamią V przykazanie. Z kolei pozostanie w domu i rezygnacja z uczestniczenia we Mszy św. w kościele, by zobaczyć ją w internecie, to "godny pochwały akt ogołocenia" i – w kontrze do tych "nawiedzonych" tradycjonalistów, którzy jednak wyszli z domu do kościoła – "przykład posłuszeństwa biskupom".

Te wszystkie krzywdzące opinie potrafią – o zgrozo – wpajać swoim wiernym ich duszpasterze, nie mówiąc już o narracji, jaką internautom suflują kaznodzieje spod znaku Deonu – że chodzenie do kościoła, to przypisywanie świątyni cech (sic!) „magicznych” zamiast koncentrować się (przed telewizorem) na czystej wierze w Boga - bez żywej obecności, bez sakramentów, bez relacji. I jakie to "oczyszczające", że można wyzbyć się okowów świątynnych schematów, by wierzyć wiarą czystą i nieskrępowaną. Znów można powiedzieć: kwestia podejścia.

Skala ostracyzmu, z którym spotykają się nieraz ci, którzy postanowili pójść do kościoła na Mszę św., ma też swój niespodziewany efekt. Otóż do kościołów zaczyna przychodzić już tak niewiele osób, że ci, którzy jednak przyszli, bez problemu „łapali” się do „piątki”. Nie wiadomo tylko, czy cieszyć się z tego, czy płakać.

Skąd to wszystko wiem? Sam takie teksty czytam, słucham w mediach, sam tego doświadczam – łącznie z hejtem i zbanowaniem ze strony jednego z „nowoczesnych”, warszawskich kapłanów-celebrytów (nazwisko zachowam dla siebie) - kiedy tłumaczyłem na jednym z forów, że pobyt w kościele nie jest groźniejszy, niż w sklepie, i że lepiej - zwłaszcza w ustach księdza - brzmi "zostań w domu", niż "nie chodź do kościoła", ponieważ to nie kościół jest problemem, ale koronawirus. Pojęcie tego najwyraźniej dla niektórych wydaje się za trudnym wyzwaniem.

Słowa mają olbrzymią moc i swoje znaczenie. Wie o tym papież Franciszek, który jeśli mówi o przyjmowaniu Komunii duchowej, to zawsze w kontekście aktualnej konieczności, z tęsknotą „CZEKAJĄC NA RADOŚĆ Z KOMUNII SAKRAMENTALNEJ”. Czyli czy Komunia duchowa, czy sakramentalna - to nie jest wszystko jedno.

Nie jest także wszystko jedno, czy ludzie usłyszą od księdza:

niestety, żałujemy, ale ze względu na ograniczenia nałożone przez polskie władze w obliczu epidemii koronawirusa możemy zaprosić na Mszę św. do kościoła tylko 5 osób

czy usłyszą inny komunikat:

Nie idź do kościoła! Zostań w domu jeśli szanujesz życie swoje i innych. W domu też się możesz modlić

Niby chodzi o to samo, a jednak różnica jest kolosalna. Po takiej „zniechęcie” nie chce się pójść do kościoła już nigdy. Przecież modlić się można wszędzie, i Bóg jest wszędzie.

Kościół powinien zdawać sobie z tego wszystkiego sprawę, także z konsekwencji odciągania ludzi od kościoła. Ci bowiem, którzy mają w swojej parafii do świątyni „pod górkę”, dobrze lekcję-propozycję „Kościoła wirtualnego zamiast realnego” mogą sobie zapamiętać. A kiedy już minie epidemia i odwołana zostanie dyspensa od przychodzenia do kościoła w niedzielę czy inną uroczystosć – na nic już zda się przypominanie, że „wierni na mocy swego królewskiego kapłaństwa współdziałają z celebransem w ofiarowaniu Eucharystii”, ale tylko wówczas, gdy wraz z nim są obecni w kościele! (Konst. dogm. o Kościele „Lumen gentium”, 10).

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Katolik, mąż, absolwent polonistyki UW, dziennikarz. Związany z "Idziemy” od pierwszego numeru tygodnika. Członek Rady Programowej Polskiego Radia S.A. VII kadencji (2017-2021), były redaktor naczelny portalu idziemy.pl. Członek Domowego Kościoła.
radoslaw.molenda@idziemy.com.pl

 

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 25 stycznia

Poniedziałek, III Tydzień zwykły
+ Święto Nawrócenia św. Pawła Apostoła
Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem,
abyście szli i owoc przynosili.

+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Dz 22,3-16 albo Dz 9,1-22; Ps 117,1-2; Mk 16,15-18
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter