12 grudnia
wtorek
Dagmary, Aleksandra, Ady
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Wola to fundament

Ocena: 0
183

W polskiej polityce często przecenia się zainteresowanie świata tym, co dzieje się na naszym podwórku. Tym bardziej należy docenić, że warszawska mowa Donalda Trumpa realnie odbiła się niezwykle szerokim echem na całym świecie. Rzeczywiście huknęło, i to z potężnego działa. Wydarzenie transmitowały największe informacyjne stacje telewizyjne, w tym te najbardziej markowe (BBC, CNN, FOX), a zachodnia prasa szeroko relacjonowała słowa amerykańskiego prezydenta.

Dostaliśmy promocję wartą grube miliony, o ile nie setki milionów. Donald Trump opowiedział światu o bohaterskim narodzie znad Wisły, którego nie da się złamać. O narodzie, który pozostaje wierny swoim wartościom. Opowiedział o uniwersalistycznym, ogólnoludzkim przesłaniu płynącym z naszego losu – z takim przejęciem i zaangażowaniem, na jakie nie było stać wielu przywódców III RP, hołdujących pedagogice wstydu, pielęgnujących swoje małe kompleksy.

Przeglądając się w lustrze tego przemówienia, mieliśmy prawo do dumy. Pewnie tak brzmiałoby w świecie imię Polski, gdyby nie dekady nikczemnego komunizmu i również nikczemnego postkomunizmu, fałszującego i brudzącego i nas samych, i nasz obraz na całym świecie...

Warto pamiętać: takich słów nigdy nie usłyszałaby III RP. Zabroniłaby je wygłosić, stanowczo machałaby rękami: „Nie! nie! nie!”. Wstydziłaby się ich. Wolałaby coś o okrągłym stole, tolerancji i integracji europejskiej. Ale też: III RP nie usłyszałaby czegoś choćby podobnego, bo tylko państwa, które same siebie szanują, są realnie szanowane przez innych. Trump doskonale wyczuł tę dobrą nutę ambicji i dumy, którą mają w sobie ludzie dziś rządzący Polską i ich zaplecze polityczne. I choć jest człowiekiem w pewnym sensie z innej planety, to w nim też pobrzmiewają podobne nuty. Rozumie, co to znaczy być dumnym z własnej historii i własnych wartości. Rozumie, co znaczy nigdy się nie poddać. Dlatego mógł wygłosić tak wspaniałe przemówienie.

Kluczowe słowo tej mowy to „wola”. Trzeba mieć wolę, by zapewnić trwanie cywilizacji Zachodu. Tej woli dziś bardzo mu brakuje; bardziej niż czegokolwiek innego. Trump – dzięki biznesowemu doświadczeniu – wie, że wola to nie jest coś błahego, ale przeciwnie: to fundament. Tak jak inne wartości, które wymienił: rodzina, ojczyzna, wolność, wreszcie Bóg. Podobnie widział świat wywodzący się z aktorstwa Ronald Reagan; on też mógłby wypowiedzieć słowa: „Nasza walka w obronie Zachodu nie zaczyna się na polu bitwy – zaczyna się od naszych umysłów, naszej woli, naszych dusz”. Zawodowym politykom z Zachodu sztuka tak trafnego opisania wyzwań nigdy się nie udaje. Na tle Trumpa, nawet pamiętając o jego życiowych zakrętach, owi „przywódcy” z Brukseli czy Waszyngtonu wyglądają jak „karzełki”, by użyć określenia prof. Jacka Bartyzela, powtarzające puste, gazetowe frazesy.

Trump nie jest dobrym wujkiem. Niczego nie da nam za darmo. W Polsce chce robić interesy (sprzedał nam – ku obopólnej korzyści – najnowocześniejszą wersję systemu Patriot), a entuzjastyczne powitanie było mu potrzebne przed szczytem G-20 w Hamburgu; zapewne schlebiało także jego próżności, wystawionej ostatnio na ciężką próbą. Dlatego płynące z niektórych środowisk pod jego adresem wezwania typu: Make Poland Great Again – nie mają sensu. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Tylko sami Polacy mogą dodać Polsce mocy i wielkości. Wizyta Trumpa może nam jednak bardzo pomóc, bo w sposób bezdyskusyjny podnosi nasze międzynarodowe znaczenie. Nawet Donald Tusk stwierdził, że był to „dyplomatyczny sukces”. Otrzymaliśmy potężną dawkę dobrej energii i cennego prestiżu, które przy mądrej polityce można zamienić na inne dobra. Także materialne, bo przecież nie jest przypadkiem, że Niemcy płacą za rosyjski gaz znacznie mniej, niż Polacy. Gazprom strzyże słabych i pokornych, potężnym partnerom obniża stawki.

Jak dotąd bilans prezydentury Trumpa jest dla Polski doskonały. Nie potwierdziły się obawy przed uległością wobec Rosji, mamy zagwarantowaną obecność wojsk USA, byliśmy gospodarzami mowy programowej prezydenta, przypomnieliśmy o sobie światu. Gdyby wygrała Hillary Clinton, scenariusz byłby inny: Waszyngton łajałby Warszawę za „brak praworządności” równie ostro, co niektóre jastrzębie w Brukseli.

Los nam sprzyja. 


Idziemy nr 29 (615), 16 lipca 2017 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły