27 listopada
piątek
Waleriana, Wirgiliusza, Maksyma
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Wczoraj Moskwa, dziś Bruksela?

Ocena: 4.31428
1340

Wielu obserwatorów zaskoczyły mocne słowa Jarosława Kaczyńskiego w sprawie polskich relacji z Unią Europejską. „Jeśli groźby i szantaże będą utrzymane, to my będziemy twardo bronić żywotnego interesu Polski. Weto. Non possumus. I tak będziemy działać wobec każdego, kto będzie stosował wobec nas jakieś wymuszenia. Powtórzę jeszcze raz – jesteśmy po dobrej stronie historii. To ci, którzy chcą nam odebrać suwerenność, narzucić jakieś swoje widzimisię, są na drodze do upadku” – mówił lider PiS, odnosząc się do próby powiązania unijnych funduszy z tzw. praworządnością.

Dlaczego mówimy o zaskoczeniu? Bo na przestrzeni ostatnich lat obóz rządzący nie stawiał sprawy na ostrzu noża. Mówiono raczej o szukaniu tego, co łączy Warszawę z Brukselą. Wiadomo, że starannie budowano i pielęgnowano kanały komunikacji nie tylko z Unią, ale i z Niemcami, zwłaszcza z kanclerz Merkel. Teraz mamy ostry zwrot, który wynika zapewne z przekonania, że bycie miłym niewiele daje, że trzeba walczyć.

Stawka jest ogromna. Gdyby rzeczywiście doszło do powiązania funduszy z tzw. praworządnością, oznaczałoby to skokową redukcję naszej niepodległości. Stalibyśmy się „unijnym województwem”, które może co najwyżej zarządzać strumieniami pieniędzy, ale nic więcej. O żadnych głębszych reformach nie można by marzyć, a nawet więcej: Polska musiałaby zostać przebudowana zgodnie z życzeniami europejskiego głównego nurtu. Definicja praworządności, którą forsuje większość w Parlamencie Europejskim, to w istocie lista celów programowych lewicy. Obejmuje ona nie tylko kwestie związane z wymiarem sprawiedliwości, ale także edukację seksualną, postulaty środowisk LGBT, nacisk na przyjmowanie migrantów, żądanie finansowania organizacji lewicowych wskazanych przez Brukselę itd.

Polska chciała uniknąć zderzenia, które może przynieść dramatyczne skutki. Co najmniej dwukrotnie nasz rząd wychodził z propozycjami kompromisu, oferując znaczące ustępstwa. Po raz pierwszy przy okazji pierwszego sporu o reformę sądownictwa, po raz drugi na niedawnym, lipcowym szczycie unijnych przywódców. Za każdym razem obiecywano spełnienie polskich postulatów i za każdym razem okazywało się, że nic z tego. Teraz Unia – obecnie kierowana przez prezydencję niemiecką – szykuje taki kształt przepisów, który oznaczał będzie głosowanie kwestii praworządności większością kwalifikowaną. Oznacza to albo sprowadzenie polskiej polityki zagranicznej do roli maszyny zajętej wyłącznie ciułaniem głosów, albo nałożenie Polsce samozaciskającej się pętli. „Tu nie ma pola do kompromisu – tu jest albo-albo” – ocenia europoseł Jacek Saryusz-Wolski, i trudno mu się dziwić.

Kolejne zwody Brukseli i Berlina, a także kolejne oszustwa i jawne łamanie traktatów spychają kraje takie jak Polska i Węgry pod ścianę. Oba rządy już zapowiedziały weto wobec proponowanych rozwiązań, choć dziś nie jest nawet pewne, czy będą mogły to narzędzie zastosować, skoro premierzy Orban i Morawiecki zgodzili się w lipcu na procedowanie sprawy praworządności. Nawet jeśli uda się wyjść z tej opresji, problem pozostanie. Unijne elity chcą przyspieszyć budowę imperium i dlatego dążą do jak najszybszej pacyfikacji „zbuntowanych prowincji”. Możliwe, że obawiają się, że przykład Warszawy czy Budapesztu może okazać się zaraźliwy. W każdym razie pole naszego manewru dramatycznie się zmniejsza.

W ocenie Kaczyńskiego pod pewnymi względami Unia chce pójść dalej niż Moskwa, bo chce zniszczyć polską specyfikę kulturową. Lider PiS przypomniał, że w PRL istniało rolnictwo indywidualne, a Kościół zachował swoją autonomię, co dowodzi, że „pewna oddzielność jednak została zachowana”. Tymczasem dziś – mówi Kaczyński – „instytucje Unii Europejskiej, jej przeróżni urzędnicy, jacyś politycy, których Polacy nigdy nigdzie nie wybierali, żądają od nas byśmy zweryfikowali całą naszą kulturę, odrzucili wszystko, co dla nas arcyważne, bo im się tak podoba. Przecież żadnego innego uzasadnienia nie ma”.

Stajemy więc – nie z własnej winy – przed dramatycznymi wyborami. Dobrze to ujął niedawno Bronisław Wildstein: „Być może warunkiem tego, by ta Europa na nowo mogła się budować, to trzeba będzie ten projekt rozwiązać. Być może będzie on musiał upaść. I my musimy już teraz zacząć myśleć o tym, że Polska być może będzie musiała wystąpić z Unii Europejskiej, by nie utracić niepodległości”. To słowa, których ton jest jednak nowością, znakiem czasu. Niczego one nie przesądzają, ale pokazują, że sprawy, do niedawna oczywiste, oczywistymi być przestają.

Idziemy nr 43 (783), 25 października 2020 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 27 listopada

Piątek, XXXIV Tydzień zwykły
+ Dzień Powszedni
Nabierzcie ducha i podnieście głowy,
ponieważ zbliża się wasze odkupienie.

+ Czytania liturgiczne (rok A, II): Ap 20,1-4.11-21,2; Ps 84,3-6a.8a; Łk 21,29-33
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)



Najczęściej czytane artykuły

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter