13 grudnia
środa
Lucji, Otylii
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Ulica w Barcelonie

Ocena: 0
943

Barcelona i Katalonia od kilku już dekad zajmują ważne miejsce w światowej wyobraźni. Siedziba wielkiego klubu piłkarskiego, superatrakcyjna turystyka, także miasto lewicowo-genderowej utopii. Do tego dochodzi legenda hiszpańskiej wojny domowej, w której Katalończycy walczyli przeciwko wojskom gen. Franco, najczęściej pod czarno-czerwonym sztandarem anarchistów.

Teraz Barcelona znalazła się w centrum uwagi jako miejsce, gdzie hiszpańska policja brutalnie pacyfikuje ruch niepodległościowy. Rannych zostało kilkaset osób, a zdjęcia zakrwawionych ofiar obiegły cały glob. Rządowi w Madrycie chodziło o powstrzymanie nielegalnego referendum w sprawie niepodległości regionu. Głosowanie doszło do skutku, ale przełomu nie przyniosło. Choć zdecydowana większość uczestników (90 proc.) poparła pełne zerwanie z Hiszpanią, to frekwencja wyniosła ledwie 42 proc. Teraz zasadnicze pytanie brzmi, co dalej: czy zastosowanie przemocy przez rząd Mariana Rajoya uruchomi procesy nie do zatrzymania, jak to często bywa w sytuacji, gdy władza próbuje rozwiązać problem siłowo? W medialnej demokracji stosowanie przemocy rzadko się opłaca (na tym większe uznanie zasługuje polska policja, która potrafi przełamać blokadę sejmu, nikogo nie krzywdząc, nawet wówczas, gdy protestujący bardzo chcą być skrzywdzeni).

W Katalonii widzimy charakterystyczne cechy współczesnego separatyzmu. Niepodległość popiera mniejszość mieszkańców, ale jest to grupa zdecydowana, pewna siebie, agresywna, dobrze zorganizowana. Popierająca jedność z Hiszpanią większość jest bierna, a nawet zastraszona. Lokalny rząd nie waha się przeprowadzać czystek, których celem, np. w siłach policyjnych, są ludzie podejrzewani o brak entuzjazmu wobec secesji. Podobnie jest i u nas na Śląsku. Separatyści z RAŚ nie zdobywają w wyborach więcej niż 10 proc., ale zdołali zmusić do milczenia polską większość, oraz skutecznie zawładnęli – w sensie mentalnym, a czasem i personalnym – kluczowymi mediami i instytucjami kultury. W imię spokoju władze centralne, nawet obecne, wolą grać na przeczekanie, niż podejmować jakieś działania. Oczywiście porównywanie RAŚ do ruchu katalońskiego ma swoje ograniczenia, bo Ślązacy to Polacy, a Katalończycy są odrębnym narodem.

Katalonia ma dziś najszerszą autonomię w Europie, ale żąda więcej. To powtarzający się mechanizm: przyznanie regionom dużej samodzielności rzadko likwiduje napięcia; najczęściej kreuje nowe. W lokalnych parlamentach pojawiają się lokalne partie, których głównym celem są kolejne zdobycze. Ich przywódcy zaczynają marzyć o roli prezydentów i premierów niepodległych państw. Wzmacniają miejscowe tożsamości, nie gardzą także propagowaniem tez o „eksploatacji” przez centrum. Doskonałym przykładem jest Szkocja: Szkocka Partia Narodowa nie ukrywa, że nawet przegrane referendum w sprawie zerwania z Londynem niczego nie kończy; kolejne jest kwestią czasu. Tak zwana „dewolucja” – a więc przyznanie autonomii Szkocji i Walii – została uznana za błąd nawet przez jej twórcę, byłego premiera Wielkiej Brytanii Tony’ego Blaira, ponieważ nie towarzyszyło jej wzmocnienie działań na rzecz wspólnej tożsamości państwowej. To ważna przestroga dla Polski, by nie dawać przeciwnikom państwa polskiego narzędzi do skutecznej działalności separatystycznej.

Rozpad Hiszpanii miałby znaczące skutki dla Polski i Europy. Dziś jesteśmy szóstym państwem Unii; po wyjściu Londynu i secesji Katalonii bylibyśmy czwartym. Brzmi kusząco, ale byłyby też skutki negatywne: Berlin i Paryż dominowałyby w Europie jeszcze bardziej niż dziś. Europejskie centrum uwielbia „współpracę” z małymi państwami, najchętniej kilkumilionowymi (Katalonia miałaby ok. 7-8 mln mieszkańców), albo z regionami. Silne państwa narodowe – z wyłączeniem właśnie Francji i Niemiec – są traktowane jako kłopot, przeszkoda w realizacji federalistycznych planów.

Sympatia dla narodu pragnącego pełnej niepodległości jest w Polsce czymś naturalnym, ale, analizując sytuację, musimy przed wszystkim myśleć o polskich interesach.

Idziemy nr 41 (627), 8 października 2017 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”


- Reklama -

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły