25 listopada
sobota
Erazma, Katarzyny
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Sprawa reparacji

Ocena: 0
122

Słyszymy, że Polska jest izolowana albo – według prezydenta Francji – „sama się izoluje”. Słyszymy, że ponoć znaczymy coraz mniej, a jednocześnie prasa najpotężniejszego państwa Europy, czyli Niemiec, bez ustanku poświęca znaczną część swych łamów na załamywanie rąk i biadolenie nad tym, co się w Polsce dzieje. Skoro tak nisko upadliśmy, dlaczego Bruksela i Berlin aż tak uważnie śledzą rozwój wypadków nad Wisłą? Chodzi o zrozumiałe zatroskanie przyjaciół czy może o obawę, że coś ważnego wymyka się komuś z rąk?

Opozycja w Polsce śmieje się do rozpuku – że sprawa reparacji od Niemiec to szaleństwo, że bez szans, że głupota. Chwilami nawet nie tyle się śmieje, ile cierpi wspólnie z niemieckimi mediami, że w XXI wieku, w „zjednoczonej Europie”, ktoś mógł podnieść sprawę odszkodowań za historyczne zbrodnie. A co robi polityczny Berlin? Nie, nie bagatelizuje sprawy. Eksperci Bundestagu bardzo szybko publikują raport, z którego ma wynikać, że Polska, po pierwsze, zrzekła się reparacji w 1953 roku, po drugie, potwierdziła to w 1970 roku, a po trzecie, wszystko to „milcząco potwierdziła” w 1990 roku. Problem w tym, że każda z tych rzekomych decyzji Warszawy jest dyskusyjna, np. w siedzibie ONZ w Nowym Jorku nie ma żadnego dokumentu w tej sprawie, a być powinien. A już teza o „milczącym potwierdzeniu” jest kuriozum, bo Polski do negocjacji w sprawie zjednoczenia Niemiec nie dopuszczono.

A więc podniesienie sprawy już przyniosło Polsce korzyści: jest jasne, że Berlin nie dysponuje jednoznaczną tarczą prawną przeciwko polskim roszczeniom. W arsenale ma jedynie interpretacje, którym można przeciwstawić własne analizy, także dotyczące rzekomego przedawnienia sprawy. Po stronie zysków należy także zapisać wniosek, że sprawa jest dla Niemiec niewygodna i kłopotliwa. Jedno z najbogatszych państw świata nie czuje się dobrze na gruncie takich rozliczeń.

Niezależnie od tego, jaki będzie finał tej sprawy, kwestia reparacji jest dodatkową kartą w ręku polskiego rządu. Na pewno choćby w kontekście dyskusji o funduszach unijnych. Są one przedstawiane jako łaskawy gest dobrego wujka, a przecież dramatyczne różnice ekonomiczne między starą Unią a resztą kontynentu mają swoje konkretne przyczyny. Wynikają w dużej mierze ze straszliwej wojny, którą rozpętały Niemcy, po których przyszli Sowieci.

Opozycja podnosi argument, że skoro żądamy rekompensaty od Niemców, to powinniśmy domagać się pieniędzy również od Szwedów – za potop szwedzki, który w połowie XVII wieku obrócił pół Polski w ruinę (to była jedna z przyczyn zaborów i upadku I Rzeczypospolitej). To oczywisty przykład sprowadzania sprawy do absurdu. Najazd Szwedów jest już daleką historią, a skutki II wojny światowej odczuwamy wszyscy każdego dnia; nie ma przecież polskiej rodziny, w której nie przechowywano by pamięci o jakiejś tragedii z lat 1939-1945, a nasze miasta wyglądają tak, a nie inaczej, nie bez przyczyny. Fakt, że wielu przedstawicieli PO nie rozumie tego rozróżnienia, dowodzi, że są to ludzie jakoś wyobcowani z polskiego doświadczenia historycznego.

Warto zwrócić uwagę, że polskie działania w sprawie reparacji są dwutorowe: rząd i MSZ zachowują względną powściągliwość, zaplecze polityczne PiS sięga po mocniejsze słowa. To odwzorowanie niemieckiej strategii wobec Warszawy: rząd w Berlinie jest zazwyczaj dwa kroki za prasą i innymi instytucjami „soft power”. Często postawa oficjalna jest wręcz nadzwyczaj uprzejma. Z okazji rocznicy wybuchu wojny ambasador Republiki Federalnej Niemiec w Warszawie Rolf Nikel napisał: „Obchodzimy dziś rocznicę zbrodniczej napaści na Polskę – dokonanej z premedytacją z rąk Niemców i w imieniu Niemiec”. Słowa ważne, ale byłoby jeszcze wspanialej, gdyby dyplomacja niemiecka mówiła podobnie do innych państw i narodów.

Temat reparacji – a może ogólna atmosfera w Polsce – sprawił, że rocznica wybuchu wojny przyniosła wysyp publikacji przypominających o niemieckich zbrodniach w Polsce. To dobrze, bo to, co nas spotkało w czasie okupacji, było tak straszne, że nie może być zapomniane. Tym bardziej że ludzie żyjący wówczas nie różnili się znacząco od nas samych, to już była epoka współczesna. W tym sensie wojenna hekatomba spotkała również nasze pokolenia. I kolejne, które przyjdą po nas.

Idziemy nr 37 (623), 10 września 2017 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły