18 sierpnia
piątek
Ilony, Bronislawa, Heleny
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Sadurska to nie "Misiu"

Ocena: 0
344

Oburzenie części komentatorów z powodu objęcia 13 czerwca przez Małgorzatę Sadurską stanowiska wiceprezesa PZU uważam za rytualne. Chociaż jestem przeciwko rozdzielaniu lukratywnych stanowisk w państwowych spółkach z klucza politycznego, bez względu na kompetencje, to w przypadku byłej szefowej Kancelarii Prezydenta Andrzeja Dudy zarzut braku kompetencji jest słaby. Sadurskiej nie można pod tym względem porównywać ani z osławionym „Misiem”, ani nawet z niemniej znanym Sową (księdzem), który z wielkim powodzeniem dla siebie zasiadał w radzie nadzorczej niepaństwowej formalnie Krakchemii i w kilku innych naradach w lokalu Sowa&Przyjaciele. Stawianie tych postaci na jednej płaszczyźnie jest manipulacją.

Małgorzata Sadurska co najmniej jakieś kwalifikacje do zasiadania w zarządzie PZU ma. Z wykształcenia jest prawnikiem. Podyplomowo ukończyła także studia z zarządzania i organizacji. Zanim podjęła pracę w Kancelarii Prezydenta, była członkiem Krajowej Rady Sądownictwa, sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz przewodniczącą Rady Nadzorczej Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Jest wiec osobą, której nieobce są zagadnienia prawa, zarządzania i ubezpieczeń. Zdziwienie byłoby uzasadnione, gdyby Sadurską zrobiono np. szefową stadniny koni w Janowie albo, nie przymierzając, prezesem Stadionu Narodowego.

Bardziej niż przejściem do państwowej spółki trzeba by się oburzać, gdyby Sadurska natychmiast po zakończeniu pracy w Kancelarii Prezydenta zatrudniła się w jakiejś firmie Krauzego, Czarneckiego czy w zachodniej instytucji robiącej biznesy na polskim rynku. Wtedy bowiem pojawiałoby się niebezpieczeństwo wykorzystania wiedzy i politycznych koneksji byłej urzędniczki państwowej wcale nie dla dobra państwa. Historia groteskowego skądinąd byłego polskiego premiera, który niedługo po zakończeniu politycznej kariery stał się „nieocenionym fachowcem” w dziedzinie bankowości dla potężnej instytucji finansowej Goldman Sachs, powinna być dla nas ostrzeżeniem.

Przypadków ryzykownego styku świata polityki i biznesu mamy w Polsce na pęczki. I to im powinna się szczególnie przyglądać nie tylko opinia publiczna, ale i odpowiednie służby. Zachodzi bowiem ryzyko nie tylko lobbingu. Jeszcze gorzej, gdy wysoki urzędnik państwowy, przewidując koniec swojej politycznej kariery, niczym nieuczciwy rządca z Ewangelii zacznie wpływać na wydawanie korzystnych dla jakiejś firmy decyzji w zamian za obietnicę lub choćby nadzieję przyszłego w niej zatrudnienia.

Naszym problemem jest nieumiejętność zagospodarowania ludzi, których wiedza, kompetencje i kontakty zdobyte w służbie państwu są dalej istotne z punktu widzenia dobra i bezpieczeństwa państwa. Lepiej, żeby po zakończeniu służby wchłonęły ich instytucje państwowe czy publiczne niż mieliby być łatwym łupem instytucji, które interes może wchodzić w konflikt z naszym interesem publicznym. To ostatnie spostrzeżenie dotyczy nie tylko urzędników państwowych najwyższego szczebla, ale także np. żołnierzy GROM-u czy innych jednostek specjalnych, którzy po zakończeniu służby, wobec braku zainteresowania nimi ze strony państwa, są łakomym kąskiem dla tych, którzy bezpieczeństwa państwa bynajmniej nie stawiają na pierwszym miejscu.

W dziedzinie wykorzystania kadr dysponujących szczególną wiedzą, umiejętnościami czy kontaktami na najwyższym szczeblu potrzeba nam więcej namysłu i roztropności, a nie rytualnego krytykanctwa.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Redaktor naczelny tygodnika "Idziemy"
henryk.zielinski@idziemy.com.pl



SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły