20 maja
piątek
Bazylego, Bernardyna, Aleksandra
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Językowa wojna

Ocena: 4.6
763

Krwawa wojna za wschodnią granicą Polski przyniosła nam też kolejną, szczególnie intensywną odsłonę ciekawego sporu językowego. Chodzi o pytanie, czy wojna toczy się „na Ukrainie”, czy też „w Ukrainie”. Intencje obu stron są jasne. Z jednej strony formuła tradycyjna, wykuta przez wieki wzajemnych relacji, nauczana w szkołach. Z drugiej – chęć dowartościowania państwa ukraińskiego, a także obawa, że używając sformułowania „na Ukrainie”, sugerujemy, że to nasza ziemia, być może nawet ziemia nam podległa. Według niektórych opinii to wręcz przejaw polskiego imperializmu.

Dziś obie formy funkcjonują obok siebie, ale nie jest to sąsiedztwo całkowicie pokojowe. W mediach lewicowo-liberalnych widać duży nacisk, by mówić „w Ukrainie”; słychać, że są nauczyciele, którzy bardzo stanowczo domagają się, by uczniowie mówili zgodnie z nową modą. W mediach prawicowych czy konserwatywnych przeważa forma „na Ukrainie”, ale i tam pojawia się też forma konkurencyjna.

Już dość dawno głos w tej sprawie zabrał prof. Jan Miodek, najbardziej znany polski językoznawca, wspierając tradycjonalistów. – Odwieczna tradycja jest taka, że jeździmy do Urugwaju, do Paragwaju, do Argentyny, do Niemiec, do Portugalii, do Francji, do Hiszpanii. Ale od wieków jeździmy na Węgry, na Litwę, na Łotwę, na Białoruś i na Ukrainę – przypomniał, dodając, że forma „na” jest znakiem „odwiecznych relacji między nami”, choć jednocześnie wprowadza pewien element „swojskości”. Z kolei politolog prof. Waldemar Paruch ocenia, że to forma „w Ukrainie” oznacza deprecjonowanie naszego sąsiada. Dlaczego? Bo to w istocie gwałt językowy. – Określenie „na” oznacza w polskiej tradycji sympatię – podkreśla, nazywając nową modę „niedobrą, nieuczciwą zabawą językiem polskim”. Można dodać: zabawę tym mniej przyjemną, że lewica od wielu już lat próbuje manipulować językiem, podmieniając znaczenia poszczególnych terminów lub próbując wprowadzić nijakie formy zaimków – tylko po to, by wesprzeć szalone teorie o rzekomej płynności autoidentyfikacji płciowej.

Inną linię zaprezentował na łamach „Rzeczpospolitej” prof. Marek A. Cichocki. Najpierw przypomniał, że przyimek „na” stosujemy do wszystkich ziem polskich poza Małopolską i Wielkopolską, i wynika to z faktu późniejszego dołączenia Mazowsza, Śląska, ale również Litwy, Białorusi i Ukrainy do wspólnoty politycznej I Rzeczypospolitej. Mówimy więc o ważnej tradycji historycznej, powstałej w wyniku długiego procesu tworzenia się wspólnego państwa. Z drugiej strony, ocenia prof. Cichocki, „język jest wyrazem tradycji, ale odzwierciedla też rzeczywistość, która podlega zmianie”. Czasem są to zmiany tak dramatyczne, jak obecnie. „Dzisiaj ta wojna jest w mojej ocenie ostatecznym dowodem na istnienie odrębnego ukraińskiego państwa i politycznego narodu, które stały się rzeczywistością – także częścią naszej rzeczywistości. Dlatego, nie oburzając się wcale na tych, którzy wciąż za naturalny uważają zwrot «na Ukrainie», za bliższy mojemu poczuciu rzeczywistości uważam ten drugi”, podsumowuje autor „Porwania Europy”.

Cóż, z pewnością nic nie jest wieczne, nie każdą zmianę należy odrzucać, ale w takim ujęciu pojawia się pytanie, co z podróżami „na Litwę”, „na Słowację” lub też „na Węgry”? Czy w tym wypadku też mamy zrezygnować z tradycyjnej formy? Owszem, mieliśmy z Węgrami wspólnych monarchów, ale przecież ani my nie uważamy, że Węgry są nasze, ani też Węgrzy nie sądzą podobnie. Wydaje się więc, że przykład węgierski – najczystszy, bo dotyczący narodu o równie wielkich tradycjach jak nasze – powinien ostatecznie obalać argumentację tych, którzy widzą w podróży „na Ukrainę” ukryte odwołanie do tradycji imperialnej.

Poza tym przywołajmy jeszcze jeden argument: to Rosjanin powiedziałby, że „jedzie w Ukrainę”. Formuła „w Ukrainie” to więc w istocie rusycyzm. Utworzony całkowicie niepotrzebnie, bo – jak widzimy – twierdzenie, że wersja „na Ukrainie” jest w jakiś sposób degradująca czy też poniżająca, nie wytrzymuje krytyki.

No i jeszcze jedno. Jeżeli język jest tak ważny, to może zacznijmy od spraw podstawowych, takich jak rezygnacja z wulgaryzmów? Niestety, przyzwolenie na stosowanie słów brutalnych, często mających konotację seksualną, wciąż rośnie, zarówno w życiu codziennym, jak i w mediach. Wiele osób nie potrafi już dostrzec, że sięgają po sformułowania kiedyś kompromitujące. Tworzy się brudna rzeczywistość, w której Polacy mają coraz większe problemy z opisaniem własnych emocji inaczej niż za pomocą słów na „j” czy „k”. To jest prawdziwe wyzwanie. Wojna z formą „na Ukrainie” to na tym tle wręcz niestosowna, podszyta ideologią zabawa.

Idziemy nr 18 (861), 01 maja 2022 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 20 maja

Piątek, V Tydzień Wielkanocny - wspomnienie św. Bernardyna ze Sieny, prezbitera
To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem
+ Czytania liturgiczne (rok C, II): J 15,12-17
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz

- Reklama -


POLACY POMAGAJĄ UKRAINIE

Polecane przez "Idziemy" inicjatywy pomocy
(chcesz dodać swoją inicjatywę - napisz)



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter