12 grudnia
wtorek
Dagmary, Aleksandra, Ady
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Granice przyzwoitości

Ocena: 0
2213
Amerykanie odwiedzający najbardziej rozwinięte części Chin wpadają często w zachwyt i wołają: „Tu jest jak u nas. Nie ma już żadnej różnicy!”. Widzą McDonaldy, Starbucksy, butiki najlepszych firm, salony samochodowe światowych koncernów i bogacącą się błyskawicznie klasę średnią. Jest jednak oczywiste, że podobieństwo zewnętrzne miast nie znosi różnicy najważniejszej, tej dotyczącej mechanizmów życia społecznego. W USA władze są wybierane i kontrolowane w wolnych wyborach, obywateli chroni prawo, a do bogactwa może dojść każdy odpowiednio zdolny i pracowity. W Chinach rządzi (już tylko cyniczna) partia komunistyczna, która według swojego uznania rozdaje przywileje i „zasoby”, a której przeciwnicy umierają w łagrach. Złudzeń nie trzeba zresztą szukać tak daleko. W krajach jawnie autorytarnych, takich jak Rosja czy Białoruś, prezenterzy telewizyjni też są uśmiechnięci, przystojni i świetnie ubrani, dyskusje w studiach bywają zażarte (choć na tematy mało istotne, bezpieczne), a w sklepach nie brakuje towarów. „Bebechy” systemu są gołym okiem trudne do dostrzeżenia.

To może są oczywistości, ale warto o nich przypominać. Wielu naszych rodaków uważa bowiem, że w kraju należącym do Unii Europejskiej i NATO, relatywnie zasobnym i już dość schludnym, z coraz lepszymi drogami, mówienie o upadku demokracji jest aberracją czy też, jak to ujął prezydent Bronisław Komorowski, „odmętami szaleństwa”. Autorytaryzm kojarzy się nam niezwykle silnie z brutalną juntą Jaruzelskiego, czołgami na ulicach i szarą rzeczywistością. No, może również z siermiężnym Gomułką. A przecież to tylko jedna z wielu możliwości.

By demokracja stała się fikcją, wystarczy „skręcić” parę procent głosów; jak słusznie zwrócił uwagę Paweł Kowal, to kilka, a nie kilkadziesiąt punktów decyduje zazwyczaj o zachowaniu bądź utracie władzy. I jednocześnie owemu „skręceniu” może towarzyszyć zachowanie reguł gry w innych obszarach, nawet w innych głosowaniach. Taki patchworkowy system, w którym reguły zachodnie i wschodnie przeplatają się, mieszają i nakładają, może funkcjonować dość sprawnie przez długie lata. Ale to już nie będzie demokracja bezprzymiotnikowa, czyli jedyna prawdziwa.

Łatwo rozpoznać moment, w którym demokracja zaczyna być fasadą. Zwłaszcza tu, w Europie Środkowej, która doświadczyła obu totalitaryzmów. Początek zawsze jest taki sam: podeptanie prawdy i propagowanie kłamstwa. Owszem, i w demokracji prawda miewa problemy, często wręcz przegrywa. Ale jednak to są subtelniejsze procesy, bardziej złożone. Niedemokracje kłamią wprost, w żywe oczy. Kłamią jak Putin, który twierdzi, że władze w Kijowie „toczą wojnę przeciwko własnemu narodowi”, że Zachód „nieodpowiedzialnie” nakręca kryzys. Car Rosji i król kłamstwa jednocześnie.

I u nas pojawiają się zjawiska podobne, może jeszcze nie tak daleko idące, ale już nie tak znów odległe. Oto w przeddzień rocznicy wprowadzenia stanu wojennego premier Ewa Kopacz stwierdziła: „Nie można porównać dziś Polski do Polski stanu wojennego. Jutro pan Kaczyński nie będzie musiał niczego podpisywać”. To zdanie w oczywisty sposób nawiązuje do prowokacji wymierzonej w Kaczyńskiego w 1993 roku (przeprowadzonej przez tygodnik „Nie”), która opierała się na fałszywym zarzucie podpisania deklaracji lojalności wobec PRL po 13 grudnia 1981 roku. Nawet politycy SLD stwierdzili, że to wypowiedź niegodna; Włodzimierz Czarzasty nazwał ją wręcz „totalną żenadą i niesmakiem”. Trudno o łagodniejsze słowa, tym bardziej że Ewa Kopacz w „Solidarności” nie była, a lata 80. spędziła, aktywnie działając w ZSL.

Tak właśnie to działa: coraz bezczelniej, coraz bardziej w duchu wmawiania, że białe jest czarne. Wszyscy wiedzą, że ten zarzut wobec prezesa PiS jest jawnym kłamstwem, jest powielaniem metod esbeckich, ale niewielu protestuje. Tak zwane duże media milczą, podobnie jak politycy PO i jej poputczicy. Z niechęci do lidera opozycji zabijają resztki standardów i przyzwoitości.

Ta śmierć wewnętrznego poczucia przyzwoitości jest zresztą dla demokracji najgroźniejsza. Bo oni nie bronią już zasad, ale jedynie własnej władzy. I w pewnym momencie mogą uznać, że to udawanie jest w sumie męczące. Że może nie ma się już co cackać.

Jacek Karnowski
Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika "wSieci"

Idziemy nr 51/52 (483), 21/28 grudnia 2014 r.


PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły