16 lipca
czwartek
Mariki, Benity, Eustachego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Bolszewicy u bram

Ocena: 0
2543
W powieści „Jedna przegrana bitwa” Marcina Wolskiego głównym bohaterem jest student warszawskiego Uniwersytetu im. Feliksa Dzierżyńskiego. Poznajemy go w 1968 roku. Warszawa jest wówczas stolicą Polskiej Socjalistycznej Republiki, wchodzącej w skład Eurosocu – Europejskiego Związku Socjalistycznych Republik. Komuniści rządzą w całej Europie. Komunistyczne są Niemcy, komunistyczna jest Francja. Granice Polski niewiele różnią się od tych, jakie proponowali bolszewicy w 1920 roku.

Wyeksploatowana do granic możliwości opinia brytyjskiego polityka i pisarza Edgara Vincenta D’Abernona, który Bitwę Warszawską zaliczył do 18 starć decydujących o losach świata, nie wymaga obrony. Wiemy, że tak było. Ale wiemy dość nieśmiało. Nie ma żadnego muzeum tej batalii, nie ma w stolicy znaczącego pomnika. Dopiero niedawno powstały dwa pierwsze filmy fabularne. Nie chwalimy się tym zwycięstwem, nie budujemy na nim narodowej – w najszerszym sensie – tożsamości. Dziś jak mrzonka wygląda krążący tu i ówdzie pomysł, by na 100. rocznicę zwycięstwa na miejscu Pałacu Kultury stanęła równie wielka co ten potworek Kolumna 1920 roku, Pomnik Chwały widoczny z każdego miejsca w Warszawie. Ale kto wie, Polacy potrafią zaskoczyć, świadomość społeczna jest zmienna. Powinniśmy to zrobić, bo przecież Katyń był zemstą Stalina za Bitwę Warszawską. Mamy dług wobec pomordowanych, z których wielu walczyło pod Ossowem i Radzyminem lub szli z kontratakiem znad Wieprza.

Nie ma żadnego muzeum tej batalii, nie ma w stolicy znaczącego pomnika. Nie chwalimy się tym zwycięstwem, nie budujemy na nim narodowej – w najszerszym sensie – tożsamości
Wygraliśmy, ale bolszewizm nas dogonił po ledwie 19 latach. Najpierw na Kresach w 1939 r., w wersji najbardziej brutalnej, eksterminacyjnej. Potem, w roku 1945, już w całym okrojonym kraju, na szczęście w wersji nieco rozwodnionej. Dzięki Bitwie Warszawskiej nie żyliśmy, jak bohater powieści, w Polskiej Socjalistycznej Republice, ale w PRL. Czyli w protektoracie zachowującym drobną, ale ważną dla narodowego życia odrobinę wewnętrznej autonomii, z nieco większą niż w Sowietach sferą prywatnej wolności. Co nie zmienia zasadniczej sprawy: komuniści wiele ze swoich celów osiągnęli, a osiągnięcia te trwają do dziś. Przeorana struktura społeczna, zniszczone elity, których miejsce zajął wschodni desant, przerwanie w wielu miejscach ciągłości kulturowej, degradacja etosu pracy i życia – to czynniki, które sprawiają, że III RP bywa miejscem okropnym. Najgorsze jest chyba jednak panowanie kłamstwa na tak wielu polach: i w życiu publicznym czy społecznym, i w prywatnym. Bo kłamstwo jest sednem bolszewii. Specyficzne kłamstwo, bo połączone z wpojoną zdolnością automanipulacji. Bolszewicy w swoje kłamstwa naprawdę wierzą, znajdując zawsze argumenty, uzasadnienia i racjonalizacje. Dobre samopoczucie telewizyjnych łgarzy jest więc autentyczne; oni po prostu nie wiedzą, co znaczy żyć w prawdzie, co znaczy odnosić swoje działania do wartości czytelnych i nienegocjowalnych.

Bolszewizm raz wstrzyknięty bardzo trudno wyplenić z organizmu. Tym bardziej, że teraz wraca do nas z Zachodu, w wersji groźniejszej, bo schowanej za takimi pojęciami jak „gender”, za tak pięknymi hasłami jak „równość” i „tolerancja”. Jak mówiła nieodżałowana, zmarła niedawno prof. Anna Pawełczyńska: „Komunizm sowiecki i sowiecki marksizm-leninizm, który desantem usadowił się w Polsce, przeszedł drogę na Zachód w jakimś stopniu personalną, a w jakimś ideologiczną. I tam przekształcił się w coś, co nazywa się ślicznie „lewicą liberalną”. To coś nie dokonuje już jawnych zbrodni, chociaż dopuszcza niejawne, ale jest logiczną kontynuacją sowieckiego komunizmu. Dla mnie to nowy totalitaryzm. Chyba jeszcze trudniejszy do odparcia niż rosyjski pierwowzór, bo doskonale się kamuflujący, elastyczny, cierpliwy, ale uparty i tak naprawdę niebiorący jeńców. Taki jak „tęcza” na Pl. Zbawiciela, która w imię „tolerancji” depcze w biały dzień odczucia chrześcijan, i która ma być odbudowywana do końca świata.

Jedna wygrana bitwa, choć arcyważna, sprawy nie rozstrzygnęła. Przed nami wiele bitew, również decydujących o losach świata. Bitew toczonych także w swoim sumieniu i w swoim sercu. Także dlatego, że w naszych czasach tylko ludzie walczący uparcie ze swoimi słabościami mogą stawić czoła totalitarnemu kisielowi.

Jacek Karnowski
Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika wSieci

Idziemy nr 33 (465), 15-17 sierpnia 2014 r.


PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:
- Reklama -

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 16 lipca

Czwartek, XV Tydzień zwykły Rok A, II
+ Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel
Weźcie moje jarzmo na siebie i czcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem.
+ Czytania liturgiczne (rok A, II): Iz 26,7-9.12.16-19; Ps 102,13-21; Mt 11,28-30
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy


- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter