23 maja
wtorek
Iwony, Dezyderego, Kryspina
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Pracownicy handlu protestują w kilku tysiącach sklepów

Ocena: 4.5
78

We wtorek "z powodu niskich wynagrodzeń oraz fatalnych warunków pracy" protestują pracownicy kilku tysięcy sklepów z całej Polski; akcja daje efekty i będzie kontynuowana – przekazał PAP szef handlowej Solidarności Alfred Bujara. Jedna sieć już zaproponowała podwyżki pracownikom.

fot. PAP/Grzegorz Michałowski

– Jestem zadowolony z akcji. Będziemy informować o trudnej sytuacji pracowników handlu do skutku, czyli do momentu, aż wszystkie firmy zdecydują się usiąść z nami do rozmów. Dlatego też już dziś planujemy kolejną akcję, ale będzie ona przebiegała inaczej. O szczegółach poinformujemy wkrótce – zapowiedział przewodniczący handlowej Solidarności.

Wtorkowa akcja polega na "przesadnie skrupulatnym i dokładnym wykonywaniu powierzonych obowiązków przez pracowników i przestrzeganiu obowiązujących w danym sklepie procedur".

Pracownicy przykleili także do ubrań specjalne naklejki "Pan da: lepsze warunki pracy, wyższe wynagrodzenie". W części sklepów rozdawano klientom ulotki informujące o przyczynach protestu (wydrukowano ich 100 tys.). – Materiały informacyjne wysłaliśmy również do pracowników sklepów, w których nie funkcjonuje nasz związek – powiedział szef handlowej Solidarności.

– Akcja trwa w kilku tysiącach sklepów w całej Polsce – poinformował Bujara we wtorek, po godz. 17. – Zakładaliśmy minimum 300 miejsc, gdzie pracownicy będą informowali o swoich żądaniach poprzez naklejki, ulotki. Już teraz mogę powiedzieć, że akcję widać w całej Polsce – powiedział. Dokładne dane o liczbie sklepów Solidarność poda w przyszłym tygodniu.

Przewodniczący zaznaczył jednak, że w wielu sklepach "pracownicy zostali zastraszeni i nie mogli informować o swoich żądaniach".

W Warszawie na pięć sprawdzonych przez dziennikarza PAP miejsc (Auchan Wola, Tesco Extra i stacja benzynowa Tesco – przy ul. Górczewskiej, Decathlon przy ul. Lazurowej, Biedronka przy Nowym Świecie) tylko pracownicy Tesco Extra pracowali zauważalnie wolniej, mieli też naklejki "Pan da".

Pracownik Biedronki, rozkładając towar na półkach, przyznał, że "pracuje wolniej". Nie miał żadnych naklejek, w sklepie nie było też ulotek informacyjnych, a kasjerki skanowały kody kreskowe towarów w normalnym tempie.

Kasjerka jednej z łódzkich Biedronek pani Marzena powiedziała PAP, że jej "sklep nie uczestniczy w proteście i klienci obsługiwani są normalnie". – Pracujemy jak zawsze. Nie żałujemy, bo choć pracy jest dużo, zarabiamy coraz lepiej. Moim dzieciom firma co roku dofinansowuje np. turnusy rehabilitacyjne. Mamy fajny zespół, a najbardziej można narzekać na klientów, którzy często są nieuprzejmi – tłumaczyła.

Zatrudniona w innym sklepie tej sieci pani Maria przyznała zaś, że jej załoga do protestu włączyła się "po cichu". Na kasie pracowano wolniej niż zazwyczaj, w związku z czym tworzyły się kilkuosobowe kolejki. Klienci przyznawali jednak, że choć obsługa w dwóch otwartych kasach trwała "trochę" dłużej niż zwykle, nie było to uciążliwe i zauważalne, ponieważ – jak dodawali – w tym sklepie często bywają dłuższe kolejki.

W bardziej widoczny sposób strajk przebiegał w Tesco na Widzewie, gdzie część kasjerek pracowało z okrągłymi naklejkami "Pan da". Kasjerki obsługiwały klientów wolniej i dokładniej. Przed południem – poza samoobsługowymi punktami – otwarte były cztery z 19 kas, w kolejce do których stało po kilka osób. – Skrupulatnie odliczamy i wydajemy resztę. Klienci stoją dłużej, ale nie spotkałam się jeszcze z niemiłymi uwagami – powiedziała PAP jedna z pracownic Tesco.

Przed marketem rozdawano ulotki, w których opisano powody protestu. – Protestujemy nie tylko w swoim, ale także w Państwa interesie – zaznaczono. Wskazano, że sieci handlowe w zachodnich krajach UE zatrudniają dwa razy więcej pracowników, co oznacza lepszą obsługę klientów i krótsze kolejki do kas.

Jak przyznawali w rozmowie z PAP klienci, większość z nich nie wiedziała o akcji protestacyjnej i nie odczuła związanych z nią problemów. Jak dodawali, ze względu na wczesną porę i trwający długi weekend stanie w kilkuosobowej kolejce nie było uciążliwe. – Myślałem, że ten protest będzie polegał na zamknięciu sklepu. Postałem dziś w kolejce nieco dłużej, ale popieram ten "strajk", bo w tym sklepie zatrudnione są głównie kobiety, które powinny lepiej zarabiać i nie pracować ponad siły – powiedział PAP jeden z klientów marketu.

Podobną formę przybrała akcja w Auchan przy al. Piłsudskiego. Tu kolejki nie były długie, ale jak zwróciła uwagę jedna z kasjerek, we wtorek czynnych była większość z 40 kas. Przyznała, że w ciągu godziny obsługuje "od kilku do kilkunastu" klientów mniej, lecz – jak podkreśliła – nie może powiedzieć, ile wynosi "godzinna norma".

Na Dolnym Śląsku wiceszef NSZZ Solidarność Carrefour Polska Paweł Skowron powiedział PAP, że w proteście uczestniczyło prawie tysiąc pracowników z kilkudziesięciu sklepów należących do różnych sieci handlowych.

– Praktycznie wszyscy, którzy w tym dniu pracowali, przyłączyli się do tego protestu. Akcja polegała głównie na informowaniu, to nie był tzw. strajk włoski. Protestujemy m.in. przeciw zbyt małemu zatrudnieniu, z powodu którego pracownik hipermarketu musi pracować szybciej. W trakcie protestu pracowaliśmy w takim rytmie, jakby zatrudnienie było pełne – powiedział Skowron.

Dodał, że akcja odbyła się nie tylko we Wrocławiu, ale również w mniejszych miejscowościach regionu, m.in. Świdnicy.

W woj. śląskim wtorkowy protest w sieciach handlowych miał przede wszystkim formę akcji informacyjnej, nie był uciążliwy dla klientów. Jak powiedział PAP Mariusz Włodarczyk z Krajowego Sekretariatu Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ Solidarność, przed wieloma dużymi centrami handlowymi związkowcy rozdawali ulotki informujące o powodach protestu, z przeprosinami za ewentualne niedogodności. (PAP)

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły