25 czerwca
poniedziałek
Lucji, Wilhelma, Doroty
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Gospodarka jak lotniskowiec

Ocena: 4.8
697

Zmiany widać przede wszystkim w tzw. Polsce powiatowej, gdzie ok. 60 proc. badanych uważa, że ich sytuacja uległa poprawie – zauważa dr Marek Dietl, członek Zarządu Instytutu Sobieskiego

fot. PAP/Jacek Turczyk

Z dr. Markiem Dietlem, członkiem Zarządu Instytutu Sobieskiego, rozmawia Piotr Kościński

 

Nasze wskaźniki makroekonomiczne są dobre: wzrost PKB rok do roku – 4 proc., spadło bezrobocie do 7,7 proc., wzrosło przeciętne wynagrodzenie – 4277 zł miesięcznie. Czy gospodarka ma się coraz lepiej?

Tak, te wskaźniki jednoznacznie pokazują, że nastąpiła poprawa.

 

Jakie są przyczyny: sytuacja w Europie – czy też wewnątrz Polski?

Oczywiście, obserwujemy lekką poprawę gospodarki w Europie, i to z pewnością korzystnie wpływa i na nas. Są i przyczyny wewnętrzne. Wobec wzrostu dochodów osób uboższych, ludzie ci są bardziej skłonni do konsumpcji, co też jest bardzo pozytywne i napędza rozwój gospodarczy. Dynamicznie rosną inwestycje publiczne, także w samorządach, po części ze środków unijnych. To również ma spore znaczenie.

 

Co można prognozować dalej? Będzie coraz lepiej?

Wiele zależy od gospodarki europejskiej. Na razie na jej stan korzystnie wpłynął dodruk pieniędzy i niskie stopy procentowe. Czy jeśli tego zabraknie, rozwój spowolni? Za wcześnie na jednoznaczną odpowiedź, ale na razie można na to spojrzeć umiarkowanie optymistycznie. Pamiętajmy jednak, że w obecnej chwili nie ma oznak trwałego wzrostu w Europie. Rzecz jasna, nie wszystko, co się dzieje w Polsce, zależy wyłącznie od sytuacji u naszych sąsiadów.

 

Czy są jakieś szczególne zagrożenia, których powinniśmy się obawiać?

Największym ryzykiem dla polskiej gospodarki jest nadmierna presja na płace, czyli społeczny nacisk na wzrost wynagrodzeń. Tymczasem szybki wzrost płac pozbawiłby nas konkurencyjności wobec gospodarek innych krajów. Istotny jest tu wskaźnik jednostkowego kosztu pracy, ukazujący – mówiąc obrazowo – ile trzeba wydać, by wyprodukować jedną jednostkę jakiegoś towaru. Ten wskaźnik nie może szybko rosnąć. Wiele zależy od tego, jak zachowają się firmy: czy będą dążyły do tego, aby równolegle wzrastała produktywność, czy będą inwestować w nowoczesne maszyny i technologie. Jeśli tak, to nie musimy się bać.

Innym zagrożeniem jest sytuacja demograficzna. Maszyny można zaimportować, wolna ziemia jeszcze jest w Polsce dostępna, ale może zabraknąć rąk do pracy. Bezrobocie spada i wkrótce może znaleźć się na poziomie, który dla gospodarki jest po prostu naturalny, bo nie ma gospodarek, w których absolutnie wszyscy zdolni do pracy mają zatrudnienie.

Widzę tu dwa rozwiązania. Pierwsze, że część ludzi z rolnictwa, jego niskoproduktywnej części, przejdzie do przemysłu i usług. I druga, że będziemy wykorzystywać przybyszów z innych krajów, np. z Ukrainy. Ale zniesienie wiz dla Ukraińców, choć słuszne historycznie, może spowodować, że część z nich pojedzie na Zachód. W Niemczech czy Holandii za pracę przy zbiorze truskawek płaci się jednak więcej, niż u nas – a są możliwości legalnego podejmowania pracy sezonowej w tych krajach. Można tylko mieć nadzieję, że przeważą inne czynniki, np. położenie i bliskość kulturowa Polski…

 

A czy działania rządu są wystarczające? Idziemy w dobrym kierunku czy potrzebne są jakieś zmiany?

Przyznam, że nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się takich efektów redystrybucji socjalnej, jaką jest program 500+, a także skutków przywrócenia niższego wieku emerytalnego czy też wyniku działań na rzecz lepszej ściągalności podatków. To ostatnie ma wielkie znaczenie, w 2017 r. można chyba będzie mówić o prawdziwym sukcesie administracji podatkowej.

Generalnie, można powiedzieć, że najkosztowniejsze jest niepodejmowanie decyzji lub częste wprowadzanie zmian. Lepiej podjąć pewne decyzje, a potem konsekwentnie je wdrażać. Gospodarka jest trochę jak lotniskowiec, którego kurs niełatwo zmienić. Jeśli więc dokonaliśmy zmiany kursu, to potem lotniskowiec po prostu powinien płynąć dalej. Tak będzie najlepiej.

 

Jak to się przekłada na życie zwykłych ludzi?

Zmiany widać przede wszystkim w tzw. Polsce powiatowej, gdzie ok. 60 proc. badanych uważa, że ich sytuacja uległa poprawie. W dużych miastach jest to dużo mniej odczuwalne. Wspomniany przeze mnie „kurs lotniskowca” nastawiony jest raczej na wyrównywanie różnic pomiędzy rozmaitymi grupami społecznymi. Zmniejszenie takich różnic lubi każdy, ale na pewno nie ci, którzy dotychczas mieli lepiej. Są więc takie grupy społeczne, wcale niemałe, które będą odczuwać, że im wcale się nie poprawiło.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarz, politolog, analityk, działacz społeczny. W przeszłości związany z "Tygodnikiem Demokratycznym", "Kurierem Polskim" i "Rzeczpospolitą". Specjalizuje się w tematyce wschodniej.



SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły